fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

World Relays: Do Tokio bez kapiszonów

Kamila Ciba, Marlena Gola, Klaudia Adamek i Paulina Guzowska po zwycięstwie w sztafecie 4x200 m
PAP
Polacy zdobyli pięć medali w World Relays – nieoficjalnych mistrzostwach świata sztafet, ale i tak najwięcej mówiło się o Jakubie Krzewinie i jego dopingowej wpadce.

Halowy rekordzista świata z 2018 roku w sztafecie 4x400 m trzy razy w ciągu 12 miesięcy rozminął się z kontrolerami Polskiej Agencji Antydopingowej (POLADA) i grozi mu dwuletnia dyskwalifikacja. To pierwszy taki przypadek w naszym sporcie. Krzewinę kontrolowali przedstawiciele POLADA, a nie Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), bo jest tylko w krajowej, a nie międzynarodowej puli testowej.

Biegacza dwukrotnie nie było w miejscu deklarowanego pobytu podczas godzinnego okna testowego. Raz kontrolerzy nie zastali go też pod adresem wskazanym w lokalizacyjnym systemie ADAMS. To ostatnie przewinienie klasyfikuje się jako błędne zgłoszenie danych. Krzewina nie został zawieszony za doping, tylko za unikanie kontroli.

Jakby tego było mało, to jeszcze nakłamał, bo dzień przed pojawieniem się informacji o wpadce przekonywał dziennikarza TVP Sport, że nie wystartuje podczas World Relays (to zawody nazywane także nieoficjalnymi mistrzostwami świata sztafet) z powodów zdrowotnych.

Drużyna, która trzy lata temu cieszyła się z halowego mistrzostwa świata, pod jego nieobecność zajęła dziewiąte miejsce i wciąż nie ma kwalifikacji olimpijskiej.

– Jakub nie jest w tym roku kompletnie przygotowany, z nim bylibyśmy jeszcze wolniejsi – wyjaśnia w rozmowie z „Rz" kolega Krzewiny ze sztafety Karol Zalewski. – O całej sytuacji dowiedzieliśmy się wtedy, kiedy wszyscy. Nie mamy od niego żadnych informacji.

Żołnierz się zgubił

Testowanie sportowców poza zawodami to fundament systemu walki z dopingiem. Wykrywalność niektórych substancji jest ograniczona w czasie, a efekty ich przyjęcia często trwają długo. Zawodnicy na początku każdego kwartału muszą uzupełniać w internetowym systemie swoje dane pobytowe na najbliższe miesiące. To uciążliwe, ale niezbędne. Europejski Trybunał Praw Człowieka już trzy lata temu uznał, że taka ingerencja w prywatność jest uzasadniona interesem publicznym.

– Jeśli przegapisz trzy kontrole, to albo jesteś oszustem, albo idiotą – mówi mistrzyni świata w biegu na 1500 z Daegu (2011), Amerykanka Jennifer Simpson. Tylko w ciągu ostatniego roku takie wpadki jak Krzewina zaliczyli czołowi biegacze świata: Amerykanin Christian Coleman czy Salwa Eid Naser z Bahrajnu.

Rozprawę przed panelem dyscyplinarnym POLADA zaplanowała na 7 maja. – Krzewina w ciągu tych 12 miesięcy miał też trzy negatywne kontrole, więc mowa tu raczej o braku odpowiedzialności, a nie dopingu. Przepisy są surowe, ale ich przestrzeganie nie jest trudne. Kiedyś wysyłaliśmy dane pobytowe faksem, dziś wystarczy aplikacja w telefonie – wyjaśnia w rozmowie z „Rz" wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki (PZLA) Tomasz Majewski.

Jeśli Krzewina nie przekona sędziów, może zapomnieć o igrzyskach, bo procedura odwoławcza potrwa co najmniej dwa miesiące. Nie wiadomo, jak na ewentualną dyskwalifikację zareagują jego przełożeni, bo biegacz jest też żołnierzem Wojska Polskiego. Zawodnik nie odbiera telefonów. Jego menedżer Czesław Zapała wyjaśnia „Rz", że w przypadku jednej z nieobecności Krzewina był po prostu w szpitalu.

Kłopoty z kontrolerami miał kiedyś młociarz Paweł Fajdek. – Nagrywaliśmy program telewizyjny w Jordanii. Jeździliśmy po pustyni, codziennie byliśmy w innym miejscu i aktualizowałem dane pobytowe SMS-ami. Trwała wówczas nagonka na młociarzy. Okazało się, że w tym czasie miałem mieć dwie kontrole. Groziła mi druga i trzecia żółta kartka oraz pół roku dyskwalifikacji, ale zdołaliśmy to wyprostować – wyjaśnia w rozmowie z „Rz".

Dwie kontrole w ciągu 12 miesięcy ominął też jeden z polskich kulomiotów. Najpierw opóźnił się samolot, a kolejnym razem zaspał u znajomych po imprezie. Pojedyncze wpadki zdarzają się wszystkim. Ważniejsze jest to, jak zachowuje się sportowiec, który dostał już żółtą kartkę.

Dobra matka

Zawieszenie Krzewiny wpisuje się w krajobraz upadku polskiej sztafety 4x400 m. Zespół, który trzy lata temu zaskoczył świat, jest w ruinie. Rafał Omelko zakończył karierę, a Łukasz Krawczuk ma problemy ze zdrowiem. Jedynym rekordzistą świata, który wystartował w World Relays, był Zalewski.

Dziś wiemy już, że halowe mistrzostwo świata było łabędzim śpiewem pokolenia. Później zawodników poróżniły konflikty, a w roli trenera-menedżera nie sprawdził się Józef Lisowski. Zapaść 400-metrowców odbija się nie tylko na sztafecie mężczyzn, ale także medalowych szansach miksta.

Dziś wizytówką polskich biegów są kobiety. Sztafeta 4x400 m zajęła w Chorzowie drugie miejsce. Pod nieobecność Justyny Święty-Ersetic, Igi Baumgart-Witan, Patrycji Wyciszkiewicz-Zawadzkiej i Anny Kiełbasińskiej trener dał szansę debiutantkom: 21-letniej Karolinie Łozowskiej (finał) i 19-letniej Kindze Gackiej (półfinał). Pierwsza jest podopieczną Aleksandra Matusińskiego, druga – Iwony Baumgart.

Obie od lat mogą z bliska podpatrywać starsze koleżanki. – Moim wzorem od zawsze była Iga. Obserwuję, jak trenuje, biega i jak się odżywia. Staram się robić to samo – przyznaje Gacka w rozmowie z „Rz". Autorytetem dla Łozowskiej jest Święty-Ersetic. – Staram się czerpać z niej inspirację – nie kryje Łozowska. Chwali też Matusińskiego za opiekuńczość i dziękuje Małgorzacie Hołub-Kowalik, która podczas zgrupowania była dla młodych koleżanek dobrą matką.

Wygrała z kontuzjami

Drugie miejsce na World Relays oznacza, że panie dostaną 20 tysięcy dolarów. Debiutantki takich pieniędzy nie zarobiły jeszcze nigdy. – Miały spotkanie i same ustaliły zasady podziału nagrody. Ja w takie rzeczy nie wnikam. Wiem tylko, że zrobią to procentowo – wyjaśnia „Rz" trener Matusiński.

Szkoleniowiec na igrzyska zabierze prawdopodobnie aż dziewięć biegaczek, bo Polki czekają dwie sztafety i starty indywidualne. Dziś minima mają Święty-Ersetic oraz Baumgart-Witan, a Matusiński jest przekonany, że latem wypełni je też Natalia Kaczmarek, która w niedzielę na swojej zmianie miała doskonały czas 50.59. – Nawet biorąc do Tokio tyle biegaczek, nie będziemy mieć w składzie kapiszonów – przekonuje doświadczony szkoleniowiec.

Kaczmarek pobiegła tak, że jeszcze 20 minut po starcie klęczała w strefie dla zawodniczek. – Warunki były trudne, bo chłód wpływał na pracę mięśni, a taki wynik kosztuje – wyjaśnia biegaczka.

Świetna forma młodszych koleżanek cieszy Hołub-Kowalik. – Depczą nam po piętach i motywują na ostatnie lata kariery. Wiem, że siądę sobie za jakiś czas przed telewizorem, popatrzę na finał mistrzostw świata czy Europy i powiem mojemu dziecku: „Zobacz, mama kiedyś z tymi dziewczynami biegała". Z tą myślą łatwiej będzie mi się odchodziło – przekonuje w rozmowie z „Rz".

Sensację podczas World Relays sprawiły polskie sprinterki w sztafecie 4x100 m. Paulina Guzowska, Klaudia Adamek, Katarzyna Sokólska oraz Pia Skrzyszowska zajęły drugie miejsce i wywalczyły kwalifikację olimpijską, choć w składzie zabrakło Ewy Swobody i Mariki Popowicz-Drapały.

Adamek, która przez dwa lata walczyła z kontuzjami i myślała o zakończeniu kariery, kwadrans po tym biegu wystąpiła w sztafecie 4x200 m. Miała na swojej zmianie najlepszy czas ze wszystkich zawodniczek. Polki wygrały i pobiły rekord kraju, ale ta rozgrywana rzadko konkurencja miała kadłubową obsadę. Wystąpiło w niej tylko sześć sztafet.

Tyle samo duetów pojawiło się na starcie biegu 2x2x400 m, który wygrali Patryk Dobek i Joanna Jóźwik. Drugie miejsce wśród trzech zespołów rywalizujących w sztafecie płotkarskiej zajęli Zuzanna Hulisz, Krzysztof Kiljan, Klaudia Wojtunik i Damian Czykier.

Ambitny Chorzów

World Relays były największym lekkoatletycznym wydarzeniem w dobie koronawirusa, bo do Polski przyleciało ponad pół tysiąca biegaczy z 33 krajów, ale pierwotnie uczestników miało być dużo więcej.

Pozaeuropejskie potęgi – USA, Jamajka, Chiny, Australia, Kanada – zrezygnowały z międzykontynentalnej wyprawy. Patrząc na listę nieobecnych, największym sukcesem wydaje się to, że zawody w Chorzowie w ogóle się odbyły.

Lekkoatleci w czasach koronawirusa mieli trzy duże imprezy: mistrzostwa świata w półmaratonie, halowe mistrzostwa Europy oraz World Relays. Wszystkie ugościła Polska. Następny cel jest jasny – lekkoatletyczne mistrzostwa globu dla Chorzowa. Tym razem już te prawdziwe, na które patrzy cały sportowy świat.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA