fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekarze i pielęgniarki

Więcej miejsc na studiach medycznych, większa liczba lekarzy ma skrócić kolejki

123RF
Blisko 900 miejsc przybędzie w przyszłym roku akademickim na kierunkach lekarskim i lekarsko-dentystycznym.

Ministerialny projekt rozporządzenia, który właśnie trafił do konsultacji społecznych, przewiduje zwiększenie limitu o 869 miejsc: 599 na studiach stacjonarnych i 100 na niestacjonarnych w języku polskim. Warszawski Uniwersytet Medyczny zyska 75 miejsc, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski – 50, a Śląski Uniwersytet Medyczny – 46. Zwiększenie limitów dotyczy głównie wydziałów lekarskich. Dla dentystów przewidziano dodatkowo 18 miejsc.

Resort zdrowia chce zabezpieczyć liczbę medyków i zwiększyć dostępność świadczeń zdrowotnych. To ważne, bo według Naczelnej Izby Lekarskiej zawód wykonuje tylko 163 780 lekarzy, a za 20 lat może być ich tylko 100 tysięcy. Na 1000 mieszkańców przypada u nas 2,2 praktykującego lekarza (mniej w Europie jest tylko w Turcji – 1,7).

Brakuje pieniędzy

– Decyzja resortu jest świetna, jednak przy okazji zwiększania limitów na studia warto całościowo spojrzeć na koszty przeddyplomowego kształcenia medycznego, które od lat są mocno niedoszacowane – uważa dr Krzysztof Chlebus z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, były wiceminister zdrowia i autor projektu ustawy o szpitalach klinicznych.

Również członkowie Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych (KRAUM) są zdania, że za zwiększeniem limitów muszą iść większe dotacje na kształcenie studentów. Zapisane na ten cel w rozporządzeniu 20 mln zł to według KRAUM wyrównanie wynikające z inflacji, które nie pokryje kosztów kształcenia dodatkowych studentów. A to jest drogie – kosztuje od 30 do 40 tys. zł na osobę rocznie.

KRAUM alarmuje, że dotacje ministerialne już dziś pokrywają tylko 60 proc. kosztów nauczania studentów stacjonarnych. Różnicę wyrównuje czesne obcokrajowców. Stąd rosnąca popularność tzw. English Division, skrytykowanych m.in. przez Najwyższą Izbę Kontroli, która w marcowym raporcie alarmowała, że na polskich uczelniach medycznych kształci się coraz więcej obcokrajowców, a ci po zakończeniu nauki wracają do kraju. Być może dlatego na studiach po angielsku limity zwiększą się tylko łącznie o 170 miejsc w trybie stacjonarnym i niestacjonarnym.

– Tymczasem kształcenie obcokrajowców pozwala zarobić na studentów polskich. To racjonalne działanie rektorów w odpowiedzi na nieracjonalność systemu – uważa dr Chlebus.

Nie tylko publiczne

Zwiększenie limitów przewidziano nie tylko na 15 uczelniach publicznych, ale też niepublicznej Krakowskiej Akademii Andrzeja Frycza Modrzewskiego, która od przyszłego roku chce szkolić 200 medyków.

– Mamy zabezpieczoną bazę dydaktyczną, zarówno przedkliniczną, jak i kształcenia przy łóżku chorego. Stawiamy też na młodych doktorów i doktorów habilitowanych, którzy swoją przyszłość naukową wiążą z naszą uczelnią. Budujemy kadrę, która będzie z nami związana trwale – tłumaczy dziekan tamtejszego wydziału lekarskiego prof. Filip Gołkowski.

Opinia dla „Rz"

prof. Janusz Moryś, przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego

Zwiększenie limitów miejsc na studiach powinno iść w parze z dotacją na kształcenie studentów. Z naszych informacji wynika, że Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie planuje zwiększenia dotacji, a bez niej nie wykształcimy większej liczby lekarzy. Już dziś dotacja na studentów stacjonarnych pokrywa zaledwie 60, maksymalnie 70 proc. kosztów ich kształcenia, a resztę uczelnie muszą dołożyć ze środków własnych, najczęściej z czesnego studentów zagranicznych. A tych może być w tym roku znacznie mniej, ze względu na niekorzystny stosunek do obcokrajowców.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA