Plus Minus

"Ucho prezesa" – Robert Górski nie śmieszy jak zwykle

Usłużny Mariusz (Mikołaj Cieślak) przestrzega Prezesa (Robert Górski) przed „Krokodylem”, czyli jeden z bardziej udanych żartów w „Uchu Prezesa”.
Rzeczpospolita
„Ucho Prezesa" zyskało ogromną popularność w sieci, choć z pewnością nie jest najzabawniejszą komedią polityczną na świecie. Jednak na naszym rodzimym ugorze i tak nie ma konkurencji. Niestety - pisaliśmy 11 lutego ubiegłego roku. Przypominamy ten tekst nie bez powodu - "Rzeczpospolita" była bowiem najczęściej cytowanym medium w Polsce w 2017 roku.

Wpierw było tournée po mediach, a Robert Górski – trochę jak Maciej Maleńczuk – mówił w każdej gazecie to, co jej czytelnicy chcieliby usłyszeć. W jednej robił amatorską psychoanalizę Jarosława Kaczyńskiego, podkreślając jego domniemaną samotność. W innych krytykował reformy PiS, jego zakusy na wolność i demokrację. W tych cieplej patrzących na rząd deklarował, że podziwia skuteczność polityczną Kaczyńskiego i przede wszystkim chce, żeby było „trochę weselej". Narzekał też, że żadna telewizja nie chciała od niego kupić praw do emisji „Ucha Prezesa", a jednocześnie deklarował, że stawia na niezależność i dlatego internet jest dla niego najlepszym miejscem.

Dziennikarze rozchwytywali Górskiego, bo wiedzieli, że temat będzie się „klikał". Nie dość, że kabareciarz jest popularny i lubiany, to ma doświadczenie w przedrzeźnianiu polityków. W TVP prowadził przecież popularną i zabawną polityczną satyrę o gabinecie Donalda Tuska – „Posiedzenie rządu". Na dodatek kojarzony jest z sympatiami prawicowymi, w wywiadach prezentował się jako konserwatysta, więc dochodził też wątek „zdrady". Krótko mówiąc – gorący temat. Górski z kolei chciał, żeby wszyscy w kraju dowiedzieli się, że powstało „Ucho Prezesa", które można oglądać na kanale YouTube. Miał darmową promocję, media miały sprzedaż oraz odsłony w internecie i wszyscy byli zadowoleni.

Potwierdza to oglądalność serialu. Odsłony internetowe każdego z czterech dotychczasowych odcinków wahają się od 5 do 7 milionów. Jeśliby porównać te wyniki do oglądalności programów telewizyjnych (co jest grubym uproszczeniem), to Górski z zespołem osiągnęli spektakularny sukces. Najpopularniejsze serwisy informacyjne – „Fakty" czy „Wiadomości" – gromadzą średnio od 2 do 4 milionów telewidzów. Serial „M jak miłość" ogląda ponad 6 milionów, a „Na dobre i na złe" ponad 4 miliony widzów.

„Ucho Prezesa" spotkało się z mieszanymi reakcjami. Jest to jednak wydarzenie. Od początku też Górski i jego zespół mieli duży kredyt zaufania, wszyscy gorąco im kibicowali. Skoro bowiem opozycja nie potrafi przygwoździć PiS, a wręcz sama wydaje się przez nich zapędzana w kozi róg, to przynajmniej niech kabareciarze im dowalą. To zdrowy odruch. Rządzący mają tyle władzy nad nami, że śmiech, nie tylko ciepły, subtelny i lekko ironiczny, ale nawet szyderczy i nieżyczliwy, dobrze nam zrobi, a im nie zaszkodzi. Politycy bowiem powinni mieć grubą skórę.

Nie ma z kim przegrać

Po pierwszych zachwytach, że „Górski genialnie naśladuje Kaczyńskiego" i „mocno im dowalił", zaczęły się pojawiać wątpliwości: „Może się jeszcze rozkręci", „Jest nieźle, ale mogłoby być bardziej śmiesznie", „Pierwsze koty za płoty, teraz już będzie tylko lepiej".

Pojawiły się także opinie, że „Ucho Prezesa" wbrew deklaracjom jego twórców służy ocieplaniu wizerunku Jarosława Kaczyńskiego. Mówiono, że zamiast krytykować i żądlić, normalizuje radykalne, antydemokratyczne działania PiS. Jakub Dymek z „Krytyki Politycznej" zwracał uwagę na zagrożenie, że „Ucho Prezesa" może być rodzajem wentyla bezpieczeństwa dla działań PiS. Neutralizującym krytykę i rozpraszającym niezadowolenie społeczne. Proponował Górskiemu, by traktował swoje zadanie bardziej serio, zamiast „śmieszkować". Według niego należałoby raczej bić w dzwony na alarm i poruszać „poważne problemy". Argumentami tego typu można jednak podważyć wszelką działalność i aktywność krytyczną wobec rządu – także istnienie „Krytyki Politycznej". Bo przecież ludzie zamiast wyjść na ulicę i protestować, rozleniwiają się, kiedy grzeją się w domowym ciepełku i czytają sążniste lewicowe artykuły o łamaniu praw człowieka i deptaniu demokracji.

Wracając jednak do oczekiwań i odbioru „Ucha Prezesa", odniosłem wrażenie, że bardziej chcemy, żeby ono nam się podobało, niż autentycznie się z niego śmiejemy. Sami siebie przekonujemy, że jest super, bo też „Ucho Prezesa" jest z pewnością jedyne. Wszyscy więc klepią Górskiego i spółkę po ramieniu, bo wiedzą – tu użyję politycznej parafrazy – że tak jak kiedyś PO, a dzisiaj PiS, Robert Górski nie ma z kim przegrać...

Na dodatek w cały ten kabaret włączono polityków Prawa i Sprawiedliwości. Dziennikarze postawili sobie za punkt honoru pytać ich, co sądzą o „Uchu Prezesa". Mogliśmy więc zobaczyć Antoniego Macierewicza, który na konferencji prasowej z uśmiechem na twarzy mówił o produkcji: „Znakomite". Mariusz Błaszczak tłumaczył kurtuazyjnie, że w rzeczywistości nie jest podobny do Mariusza w wykonaniu Mikołaja Cieślaka. Prezes Kaczyński też rzekomo obejrzał program i miał skomentować jeden z żartów na temat swojego kota. Tak mówił Adam Bielan oraz sam Kaczyński w Radiu Szczecin. Wielu polityków niepytanych o zdanie komentowało program na Twitterze. Krzysztof Czabański, przewodniczący Rady Mediów Narodowych, napisał, że w przeciwieństwie do swojego ekranowego wcielenia on dobrze wie, że koty nie lubią mleka (jego postać przynosi w prezencie dla kota Prezesa mleko prosto od krowy). Z kolei Bartłomiej Misiewicz sportretowany jako wyrośnięta niedojda „Misio" skomentował program, pisząc, że podobnie jak jego parodystyczna postać lubi krówki, ale już kakao to niekoniecznie.

Tak oto komedia w wirtualu wywołała komedię w realu. I co najciekawsze – ta druga wydaje się śmieszniejsza. Oczywiście poczucie humoru to kwestia bardzo indywidualna, ale czy znajdzie się ktoś, kto z ręką na sercu powie, że „Ucho Prezesa" jest śmieszniejsze od dawnego programu satyrycznego „Tygodnik Moralnego Niepokoju", a tym bardziej od świetnego „Posiedzenia rządu", gdzie Górski z Marcinem Wójcikiem z kabaretu Ani Mru-Mru kpili z rządu PO–PSL?

Komedia także w realu

Ucho Prezesa" rozśmiesza, ale z rzadka. Po obejrzeniu czterech odcinków można przyznać, że Górskiemu udało się kilka żartów sytuacyjnych, choćby akcja z prezentami dla kota Prezesa lub hasło „Krokodyl", obrazujące działania Ministra Wojny, który szykuje się do ataku na Prezesa z zaskoczenia. Śmieszny był też globus, na którym była tylko Polska i żadnych innych krajów. Zabawna jest postać kapciowego Mariusza, ale też Mikołaj Cieślak byłby śmieszny, nawet gdyby wcielał się w krzesło. Zresztą układ Prezes–Mariusz do złudzenia przypomina sprawdzony pomysł z repertuaru Kabaretu Moralnego Niepokoju, gdzie stałym punktem był skecz o postkomunistycznym dyrektorze fabryki i usłużnym pomocniku Mrównicy, przewodniczącym zakładowego związku zawodowego. We dwóch musieli bronić się przed kontrolami ze strony NIK, prokuratury oraz gnębili dla frajdy opornego robotnika Smółkę, który naiwnie walczył o swoje prawa pracownicze.

Większość żartów w „Uchu Prezesa" jest płaska i opiera się na prostym naśladowaniu gestów. Największym grzechem jest jednak to, że są to polityczne dowcipy z długą brodą. Żarty z prezydenta Dudy, którego lekceważy prezes Kaczyński i który podpisuje wszystkie ustawy rządu jak leci? Prezes oglądający rodeo? Wpływowa sekretarka Prezesa? Minister Wojny zamiast Ministra Obrony Narodowej? Żarty z hasła „Dobra zmiana"? Brak konta bankowego u Prezesa? Te dowcipy są starsze niż węgiel i uradują ludzi, którzy absolutnie nie interesowali się polityką w ostatnich miesiącach. Nic na jej temat nie czytali, nie oglądali karykatur w czasopismach, nie widzieli transparentów z manifestacji KOD. Więcej ironiczno-sarkastycznych kpin można przeczytać na polityczno-dziennikarskim Twitterze albo w zjadliwej rubryce „Z życia koalicji – z życia opozycji" Igora Zalewskiego i Roberta Mazurka.

Można chwalić Roberta Górskiego za umiejętne naśladowanie gestów oraz mimiki Jarosława Kaczyńskiego. Ale nie lubimy go przecież dlatego, że jest dobrym aktorem. Co z tego, że robi to dobrze, skoro śmieszy nas przez trzy minuty? Podobnie jest z innymi aktorami, np. Sebastianem Konradem naśladującym gestykulację wicepremiera Morawieckiego. Przez chwilę to bawi, po minucie zaczyna irytować, po trzech chciałoby się powiedzieć: „Wystarczy!". Zaczynamy się niecierpliwić, bo dobra komedia to nie tylko małpowanie. To także dialog nasycony piętrowymi podtekstami i szybki jak ping-pong. W „Uchu Prezesa" większość żartów jest natomiast sygnalizowana dużo wcześniej i rozciągnięta w czasie. Dialogi są ślamazarne i nic tu nie zaskakuje.

Polskie wzorce i braki

W porównaniu do poprzedniego „Posiedzenia rządu" „Ucho Prezesa" jest dużo bardziej zachowawcze. Tam kabareciarze jechali po bandzie. Bywało przaśnie i prostacko, ale tak postrzegaliśmy część klasy politycznej. Robert Górski jako premier Donald Tusk był chłopkiem-roztropkiem i polskim cwaniakiem w jednym. I choć trudno go było uznać za mocarza intelektu, i tak bił na głowę resztę swojego kabaretowego rządu. Poza tym wiele żartów było autonomicznych, nie miały nic wspólnego z rzeczywistością, choć czasem za punkt wyjścia brały obiegową informację bądź niefrasobliwą wypowiedź. Była to jednak kabaretowa kreacja, a nie konkurs na sobowtóra.

Czytając najnowsze wywiady Roberta Górskiego, już po emisji czterech odcinków, można też odnieść wrażenie, że brakuje mu dystansu do samego siebie. Po ostatnim wywiadzie w „Gazecie Wyborczej" nie jestem pewien, czy Górski to jeden ze zdolniejszych komików i kabareciarzy w Polsce czy może nowy kandydat na lidera KOD.

Poruszenie wokół „Ucha Prezesa" po części jest wywołane aktywnością mediów, które chcą zdyskontować popularność Roberta Górskiego. Drugi powód jest jednak głębszy. To niesamowity głód polskiej widowni na komedię polityczną, a raczej na komedię w ogóle. A także, po prostu, na dobrą rozrywkę, której w Polsce jest jak na lekarstwo. Sam fakt, że „Ucho Prezesa" nie polega na przebieraniu się mężczyzn za kobiety i eksponowaniu ich owłosionych nóg, już wydaje się wyjątkowy. Jest w Polsce wielu zdolnych komików proponujących dobry humor, pozostają wszakże w rozmaitych niszach. Robert Górski nie jest tu bez winy. Przez długi czas był gospodarzem różnych programów kabaretowych w TVP, gdzie firmował te wszystkie baby z wąsami i policjantów-przebierańców.

Marcin Daniec bywa dziś niesprawiedliwie utożsamiany z kabareciarstwem w przestarzałym stylu. Jednak przy tej plejadzie przebierańców, jaka przewijała się przez telewizję w ostatnich latach, zdaje się niemal królem kabaretu. Dużo też czasu minęło, zanim w końcu zaczęli się pojawiać w tych programach komicy stand-upowi. A przecież stand-up comedy od lat jest największą kuźnią talentów komediowych w show-biznesie na Zachodzie. U nas przedstawiciele tego nurtu zrozumieli, że w telewizji nie mają czego szukać, ewentualnie mogą spodziewać się kłopotów ze strony różnych komisji etycznych, które ich grube żarty oceniają według tej samej skali co seriale rodzinne. Od lat zatem radzą sobie bez telewizji i mają coraz większą publikę na żywo.

Niedościgniona „Figurantka"

Gdy porównamy „Ucho Prezesa" do brytyjskich i amerykańskich komedii politycznych, to na ich tle Polacy wyglądają jak ubodzy krewni. Już sam format „Ucha Prezesa" nie jest ani trochę oryginalny. Na jego podobieństwo do brytyjskiego „Tak, panie premierze" słusznie zwrócił niedawno uwagę krytyk filmowy Michał Oleszczyk. Był to program nadawany w BBC pod koniec lat 80. Gdy zaś obejrzymy znakomity serial komediowy „Figurantka" („Veep") produkowany w ostatnich latach przez amerykańską stację HBO, rozczarowanie polskimi żartami jeszcze bardziej się powiększa.

„Figurantka" opowiada o amerykańskiej wiceprezydent, która próbuje realizować swoje polityczne ambicje. Wciąż popełnia gafy i zalicza wpadki, co nie przeszkadza jej piąć się coraz wyżej w polityce. Amerykański serial powstał z inspiracji brytyjską produkcją BBC „The Thick of it" z lat 2005–2012. Za obydwoma serialami stoi Armando Iannucci – szkocki satyryk, scenarzysta i autor programów telewizyjnych. Jakość i sukces jego brytyjskiego serialu sprawił, że producenci HBO ściągnęli go, by stworzył amerykańską komedię polityczną.

W „Figurantce", inaczej niż w „Uchu Prezesa", nie spotkamy figur bezpośrednio nawiązujących do prawdziwych polityków. Pojawiają się co prawda głosy, że główna bohaterka jest wzorowana na Sarze Palin – republikańskiej gubernator Alaski z ambicjami prezydenckimi, która popełniała gafę za gafą, ale to tylko sugestie internautów. Trudno jest także z początku rozpoznać, do jakiej partii należy wiceprezydent Selina Meyer – genialnie grana przez Julię Louis-Dreyfus znaną z sitcomu „Seinfeld". Liczne tropy wskazują na demokratów, ale w kwestii poglądów oraz ich prezentowania niewiele ją różni od republikanów. Jeden z internautów stwierdził: „A jakie to ma znaczenie?". To retoryczne pytanie dobrze oddaje potrzeby widowni, która bardziej niż z konkretnego „Kaczora", „Krokodyla", „Misia" czy „Mariusza" wolałaby się pośmiać być może z powtarzających się mechanizmów i typów postaci, które występują w każdej partii. W dodatku twórcy śmieją się też z dziennikarzy, a także z wyborców zwanych ostatnio u nas suwerenem.

Dobra komedia polityczna będzie – tak jak „Figurantka" – zrozumiała w każdym partyjnym systemie demokratycznym. Skąd ta pewność? Mam przykłady z „Figurantki", które mogliby wykorzystać panowie Górski i spółka. Oto Selina Meyer ma asystenta, który podpowiada jej na spotkaniach, kto jest kim i jak się nazywa, a także jak powinna się zachować w trudnych sytuacjach. Pochyla się za nią i szepcze do kołnierza, a koledzy z kancelarii śmieją się, że przypomina „zaklinacza koni". I my znamy takich suflerów. Przykład drugi: asystenci zakładają pani wiceprezydent konto na Twitterze, a ta myli prywatne wiadomości z publicznymi i zaczyna tam korespondować z kochankiem. Żeby całą sprawę zatuszować, jej biuro zwala winę na chińskich hakerów. Niemożliwe w Polsce? Przykład trzeci: wiceprezydent ma wypowiedzieć się w sprawie aborcji i zanim cokolwiek zadeklaruje, jej doradcy dokładnie analizują badania nad aborcją prowadzone w jej elektoracie. Na koniec doradzają: „Musisz coś powiedzieć, ale tak, żeby nic konkretnego to nie znaczyło".

Największe wpadki wiceprezydent potrafią przysporzyć jej najwięcej popularności, a cyniczna brutalna walka jest na porządku dziennym. Każda z postaci pierwszego i drugiego planu jest znakomicie napisana i świetnie zagrana. Z czasem serial komediowy zaczyna coraz bardziej ciążyć w stronę komediodramatu, cynizm zaczyna dewastować osobowość bohaterki i relacje z bliskimi. Nie jest to wysokobudżetowa produkcja, większość akcji rozgrywa się w biurach i gabinetach. Serial jest zaś zrealizowany w pozornie niedbałej, paradokumentalnej manierze, która potęguję autentyzm.

Ostatnia rzecz to język, jakim posługują się politycy i asystenci w „Figurantce". Nagrania z Sowy & Przyjaciół ledwo dorastają im do pięt w wulgarności i koszarowych żartach. Znosimy to jednak, gdyż jest zabawnie, inteligentnie i dynamicznie. Odniesień do kultury popularnej i prawdziwych wydarzeń pojawia się zaś tak wiele, że można jeden odcinek oglądać kilka razy i wciąż odnajdywać coś nowego. Scenariuszy do „Figurantki" nie pisze jednak jedna osoba jak w przypadku „Ucha Prezesa", tylko grupa autorów z doświadczeniem komediowym. 13 telewizyjnych nagród Emmy i pięć nominacji do Złotych Globów przez cztery lata emisji dobrze oddaje poziom tej produkcji. Na wiosnę premierę będzie miał szósty już sezon przygód Seliny Meyer, poprzednie można oglądać na polskim kanale HBO lub w serwisie HBO GO. Gorąco polecam. Zwłaszcza zespołowi „Ucha Prezesa".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL