fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Cieślak: Nobel łagodzi obyczaje

AFP
Olga Tokarczuk dołączyła do polskich laureatów najważniejszej literackiej nagrody i podkreśliła wagę sztuki lekceważonej w kraju, również przez polityków.

Jest drugą Polką – 23 lata po poetce Wisławie Szymborskiej. Wcześniej na noblowskim parnasie stosowne i zasłużone miejsce znaleźli Czesław Miłosz, Henryk Sienkiewicz i Władysław Reymont. Odniesienie zwłaszcza do dwóch wielkich powieściopisarzy, autorów „Potopu" i „Ziemi obiecanej", uwypukla skalę przewrotu, który dokonał się w polskiej i światowej literaturze. A trzeba też pamiętać, że Tokarczuk jest laureatką Nagrody Nobla za rok 2018. Wówczas nie przyznano jej z powodu skandalu obyczajowego w gronie szwedzkiej Akademii. Wyróżnienie dla Polki jest więc ukłonem w stronę pisarek, ale także kobiet, które pod sztandarem feminizmu, a ostatnio także #MeToo, walczą o swoje prawa i podmiotowość. Ma to znaczenie, gdy najnowsze publikacje sytuują Sienkiewicza i Reymonta już nie tylko jako wybitnych opowiadaczy z przeszłości, piszących ku pokrzepieniu serc, ale też, pardon, męskich szowinistów, spychających panie do roli rekwizytu w domu, kuchni i sypialni.

Tymczasem Tokarczuk jest autorką, którą zekranizowała m.in. Agnieszka Holland w filmie „Pokot" na podstawie powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych". Film jest uważany za manifest obalania męskiego, szowinistycznego porządku, niszczącego również czytany przez pryzmat ekologii świat zwierząt. Ten męski porządek uosabiał myśliwy, który ginie od strzelby, bo musiała w końcu wystrzelić jak w dramacie Czechowa.

Nagrodzony w Berlinie film mocno zakreślił w Polsce linię ideologicznych podziałów między liberałami (obyczajowymi) a konserwatystami. Ale Tokarczuk jest też piewczynią na nowo budowanej, otwartej tożsamości, która ma być odpowiedzią na dawną opresyjność. To manifestowali „Bieguni", jak również kunsztowne, z pietyzmem napisane „Księgi Jakubowe", które przywróciły nie tylko polskiej kulturze postać Jakuba Franka, żydowskiego mistyka. Pisarka pokazała na nowo dziedzictwo Rzeczypospolitej i, jak mówi podtytuł: „siedem granic, pięć języków i trzy duże religie". Wszystkie zresztą jej książki – poczynając od „Podróży ludzi Księgi" czy „Prawieku i innych czasów" – budziły zainteresowanie. Te zaś, które były tłumaczone za granicą, złożyły się na uznanie dla Tokarczuk, spointowane przyznaniem Nagrody Nobla.

Pisząc o tym wszystkim, pamiętam, jak jednoczącym wydarzeniem dla Polaków był Nobel dla Czesława Miłosza w 1980 r. Ta nagroda współtworzyła atmosferę narodowego święta po wcześniejszym wyborze papieża Polaka Jana Pawła II, w trakcie karnawału wolności zaczętego przez Solidarność. Ale potem literatura była już dla polityków i ideologów papierkiem lakmusowym tego, kto jest swój lub nie swój.

Nagroda dla Wisławy Szymborskiej przyszła po „wojnie na górze", po której Czesława Miłosza pochowano w Krypcie Zasłużonych na Skałce dopiero po interwencji Jana Pawła II. Teraz Olga Tokarczuk otrzymuje Nobla po dewastującej życie publiczne kampanii wyborczej, w której rządząca partia mówiła o tworzeniu nowych elit, jakbyśmy stali u progu PRL.

Po żartobliwym autokomentarzu ministra kultury Piotra Glińskiego o tym, że doczyta książki pani Tokarczuk, łatwiej zapomnieć jego nonszalancką i niepotrzebną (jak wiele innych) wypowiedź, że żadnej z książek pisarki nigdy nie doczytał. Może trzeba Nagrody Nobla, by do prominentnych działaczy partii rządzącej dotarło, że lekceważenie ludzi o innych poglądach lub nazywanie nihilistami nie ma nic wspólnego ani z chrześcijaństwem, ani z kulturą – osobistą i polityczną.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA