Komentarze

Szułdrzyński: #ACTA2: król jest nagi

AFP
W świecie cyfrowym nic nie ginie – to jedna z pozytywnych cech rozwoju technologicznego i rewolucji, która zaszła także w naszej debacie publicznej.

Wyśledzenie działań propagandowych w realnym świecie wymaga dość dużo wysiłku, a w świecie cyfrowym sprawa jest znacznie prostsza. Kilka narzędzi pozwala dość szybko sprawdzić, gdzie jakaś informacja pojawiła się jako pierwsza, jak się potem rozchodziła, kto ją kolportował itd.

To zjawisko może mieć czasami zbawienne skutki. Epidemię grypy znacznie wcześniej niż w gabinetach lekarzy można zdiagnozować dzięki... wyszukiwarce Google. Nagły wzrost zapytań, jak radzić sobie z objawami choroby, jest w stanie pokazać, w których miejscach kraju i z jakim nasileniem mamy do czynienia z rozprzestrzenianiem się wirusa w realnym świecie.

Podobnie jest z polityczną propagandą. Liczby są obiektywne i pozwalają wykazać, czy polityczny koncept pojawił się spontanicznie w głowach ludzi, czy też jakaś propagandowa akcja została starannie wyreżyserowana przez polityków. Tak właśnie stało się w przypadku fali, jaka przeszła przez polski internet po głosowaniu w Parlamencie Europejskim nad zgodą na dalsze prace nad dyrektywą o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Politycy PiS zaczęli nagle bić na alarm. Mimo iż rząd początkowo życzliwie patrzył na projekt dyrektywy, bo może pomóc chronić interesy zarówno dużych wydawców, jak i polskich twórców, których prawa w sieci są nieustannie naruszane. Deputowani PiS jednak dwukrotnie zagłosowali przeciwko dyrektywie. Jak tłumaczyli w nieoficjalnych rozmowach, idea dyrektywy jest słuszna, ale ponieważ część internautów zaczęła propozycje przepisów nazywać próbą ograniczania wolności w internecie, uznali, że w roku wyborczym nie ma co wchodzić w konflikt ze środowiskiem youtuberów, itp.

Politycy PO zagłosowali za. PiS i przychylne mu media postanowiły to wykorzystać. By uderzyć w opozycję, sprawę rozkręcono do granic możliwości. Zajmująca się przedstawianiem rządowej propagandy telewizja TVP Info całą dobę grzmiała o olbrzymim zagrożeniu, jakim mogą być nowe przepisy. I choć prawo poparło ponad 430 posłów, a dwukrotnie mniej było przeciw, narracja obozu dobrej zmiany była prosta jak konstrukcja cepa: internauci w całej Europie biją na alarm, bo przyjęto – głosami PO – ACTA 2, które wprowadzi cenzurę.

Ale są dowody na to, że to była propaganda. Po kilku dniach, gdy analitycy przedstawili liczby pokazujące, jak ten protest wyglądał, okazało się, że król jest nagi. Hasło „ACTA 2" funkcjonowało wyłącznie w polskim internecie. W dodatku sprzeciw wobec propozycji dyrektywy był w naszej sieci większy niż we wszystkich krajach UE razem wziętych. Tak to jest, gdy wilk przebiera się w owczą skórę i bije na alarm, że to opozycja chce odebrać nam wolność i narzucić cenzurę. Na szczęście dziś propagandę zdemaskować jest łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL