Niedawno przeczytałam, że film z porodu pewnej influencerki obejrzało 1,8 mln osób. Byłam zaskoczona. Kliknęłam, żeby sprawdzić, o co chodzi. I o ile faktycznie może on być pewną wskazówką dla przyszłych mam (niektóre komentarze pod wideo to sugerują), o tyle większość – biorąc pod uwagę statystyki urodzeń – obejrzała go z… ciekawości (albo z innych, tylko im znanych pobudek).
Czytaj więcej
Ponad 40 proc. rodziców nastolatków publikuje w sieci zdjęcia swoich dzieci, często robi to też szkoła - wynika z raportu przygotowanego przez rzec...
Publikowanie wizerunku dziecka w sieci
I właściwie nie byłoby problemu, gdyby owa gwiazda wystawiała w internecie wyłącznie swoją prywatność. Niestety pokazywane jest również nowo narodzone dziecko. To tylko jeden z przykładów zjawiska, które stało się już chyba znakiem naszych czasów – sharentingu. Chociaż i ono ewoluuje. Jeszcze niedawno było bowiem postrzegane głównie jako problem prywatności. Dziś jednak coraz częściej sharenting przestaje być bezinteresownym dzieleniem się codziennością, a zaczyna przypominać zjawisko znacznie poważniejsze — pracę dzieci, tyle że w nowym, cyfrowym opakowaniu.
Bo kiedy maluch staje się „contentem”, a jego obecność w sieci generuje realne zyski, trudno udawać, że mamy do czynienia wyłącznie z rodzinną aktywnością.
Regularne nagrania, harmonogram publikacji, współprace reklamowe – to wszystko brzmi jak praca na pełen etat. Tyle że wykonuje ją osoba, która formalnie nie ma zdolności do jej podjęcia (ewentualnie mogłaby ją mieć dopiero po spełnieniu licznych wymogów formalnych), a często nawet nie ma świadomości konsekwencji.