Diagnozę postawił Mirosław Kachniewski, prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych. – Siedzi tutaj siedmiu facetów, wydają się całkiem inteligentni, i tak myślą: podnieśliśmy cenę, obniżyliśmy jakość i produkt przestał się sprzedawać. Co poszło nie tak? – ironizował. Jego zdaniem kluczowy stał się koszt przejrzystości informacyjnej, czyli różnicy między prowadzeniem biznesu przy otwartej kurtynie a poza giełdą. – Ta różnica w ostatnich latach wzrosła dramatycznie – stwierdził Mirosław Kachniewski.
Jakość, którą spółka za tę cenę kiedyś dostawała dzięki giełdzie, to przede wszystkim dostęp do kapitału. Dziś tego argumentu już nie ma. – Jeżeli w ciągu ostatnich 10 lat cały rynek pozyskiwał poniżej miliarda euro średnio na rok, to widać, że spółki, nawet te giełdowe, wolą pójść do banku, bo jest łatwiej, szybciej i taniej – mówił Kachniewski.
GPW: ekosystem do przebudowy
Michał Kobza z zarządu GPW przyznał, że ekosystem ukształtowany przez ostatnie 20 lat „działa, ale nie działa dobrze". Wskazał kilka warstw problemu: niedojrzałość spółek myślących o giełdzie jako opcji finansowania, strukturę bazy inwestorów oraz niedostatecznie rozwinięty krajowy kapitał instytucjonalny.
– W Polsce sprzedają się IPO, jeśli są powyżej 100 mln euro – tam zaangażowana jest zagranica. Poniżej tej kwoty jesteśmy zdani na kapitał krajowy: kilkanaście OFE, kilkanaście TFI i detal, najczęściej 5 proc. oferty – tłumaczył Kobza. – Musimy dużo zrobić, żeby ten kapitał krajowy wzmocnić; żeby średnie i małe spółki miały ofertę finansowania, czyli to, od czego jest giełda – mówił. Wskazał jednak, że są sygnały napawające optymizmem, w tym unikatową sytuację, która powstała w wyniku kryzysów na świecie.
– W (indeksie – red.) MSCI Emerging Markets (…) jesteśmy de facto jedynym inwestowalnym rynkiem w Europie. Dodatkowo Bliski Wschód jest nieinwestowalny i te pieniądze będą szukały ujścia. Musimy przygotować nasz ekosystem. I jak już to zaskoczy, to naprawdę jestem optymistą – mówił.
Kapitał jest. Ale czy go wystarczy?
Artur Iwański, Head of Syndicate i dyrektor zarządzający rynków kapitałowych w Ipopema Securities, zwrócił uwagę na zmianę, która jego zdaniem jest niedoceniana w debacie o finansowaniu. – Kapitału jest bardzo dużo, zwłaszcza polskiego. Jest taki paradygmat, że wszyscy liczą na kapitał zagraniczny, a od około roku tego kapitału w Polsce jest na tyle dużo, że pozyskiwanie w SPO (secondary public offering, czyli oferta przeprowadzana przez spółkę już obecną na giełdzie – red.) czy sprzedaż w ABB (accelerated book building – przyspieszona budowa księgi popytu – red.) są naprawdę przyjemne – mówił. Wspomniał przy tym o pojawieniu się family office jako nowej jakości na polskim rynku. – W ciągu ostatnich miesięcy pozyskaliśmy prawie 600 mln nowego kapitału na rozwój dla wielu różnych spółek z różnych branż, od hutnictwa, przez gaming, po biotech. I to zaczyna działać – zapewniał.
Iwański zapowiedział też, że w perspektywie najbliższych 12 miesięcy powinniśmy zobaczyć 5-10 debiutów na głównym parkiecie. – Wiele spółek się pojawiło, teraz musieliśmy chwilę poczekać. Ta hossa jest relatywnie młoda, spółki czekały na lepsze wyceny. A od momentu decyzji potrzeba 8-12 miesięcy do debiutu – zaznaczył.
Paweł Borys, partner zarządzający w MCI Capital, przyznał, że sam proces wychodzenia małych firm z giełdy jest do pewnego stopnia zdrowy, bo GPW przez lata przyjmowała zbyt wiele zbyt małych emitentów, których płynność szybko „wysychała”.
Wskazał jednak na strukturalne słabości po stronie popytu instytucjonalnego. – Fundusze akcji, pomimo hossy, nie dostały napływów (pieniędzy z rynku – red) w ostatnich dwóch latach. Fundusze emerytalne mają przed sobą w kolejnych latach bardzo duże odpływy, bo duże kohorty klientów OFE będą przechodziły na emeryturę. To jest gigantyczne zagrożenie dla warszawskiej giełdy – ostrzegał Paweł Borys.
Jak przygotować spółkę do debiutu
Bartosz Margol z PwC wniósł do dyskusji perspektywę doradcy, który od lat towarzyszy spółkom w procesie wejścia na giełdę. – Od 5-6 lat nie widziałem tylu spółek, które są zainteresowane i przygotowują się do debiutu giełdowego. Jest naprawdę duży ruch – powiedział.
Jednocześnie zwrócił uwagę na strukturalny problem: większość nadchodzących IPO to transakcje motywowane np. sukcesją albo chęcią jednorazowego pozyskania kapitału. – Brakuje nam kultury rynku kapitałowego, która powoduje, że debiuty, które realizujemy, mają cele bardziej długoterminowe niż czysto transakcyjne (…) I takich IPO będzie pewnie multum. Pytanie, co dalej? Czy nam się to opłaca? – zastanawiał się partner PwC. Ocenił, że dopóki rynek nie stworzy warunków, w których wszyscy uczestnicy – zarządy, inwestorzy, spółki – mają przewidywalny i zbilansowany zwrot ze swojego zaangażowania, delistingi po kilku latach od debiutu będą „bardzo realnym scenariuszem".
Margol kwestionował też konieczność raportowania kwartalnego i wskazał to, co jego zdaniem mogłoby wydatnie skrócić drogę do debiutu: wcześniejsze audytowanie sprawozdań finansowych zgodnie ze standardami giełdowymi. – Spółki, które chcą dziś skorzystać z okna transakcyjnego, często czekają 10 miesięcy lub rok, bo muszą najpierw przygotować sprawozdania. Gdyby to było zrobione wcześniej, proces mógłby się skrócić o kilka miesięcy – zaznaczył.
Temat ten poruszył też Artur Iwański. – Gdyby tempo procesu – prospekt, audytorzy – dało się skrócić, spółki mogłyby naprawdę wykorzystywać okna transakcyjne. Decyzja zapada teraz, a debiut jest za rok. A nikt nie wie, co będzie za rok – zwrócił uwagę.
Giełda tak, wypaczenia nie
Marek Warzecha, prezes Ponaru Wadowice, przedstawił perspektywę firmy, która właśnie rozważa decyzję o własnym debiucie giełdowym. – Mamy dwie opcje strategiczne: jedną z nich jest IPO, drugą – w ramach dual tracku – sprzedaż pakietu mniejszościowego inwestorowi branżowemu. I pewnie obydwie będziemy do samego końca realizować – powiedział Marek Warzecha.
Zalety IPO? – To są kwestie sukcesji, płynności, danie możliwości wyjścia akcjonariuszom mniejszościowym – wymieniał Warzecha. Wady? – Za dużo przeregulowania – stwierdził, wyjaśniając, że „wcale nie służy ono zwiększeniu bezpieczeństwa małych inwestorów". Jako dowód wskazał, że w czasie kilkunastu lat pracy z giełdowymi spółkami w roli restrukturyzatora regularnie trafiał na przypadki nadużyć, a sprawcy latami nie ponosili konsekwencji. – W USA 96 proc. procesów związanych z giełdą kończy się skazaniem. A my mamy dżentelmena, który ukradł 2,5 mln zł, przyznał się, a polski sąd przez 10 lat go nie potrafi skazać – mówił Marek Warzecha. I przypomniał, że sam rok wcześniej zdjął z giełdy jedną ze swoich spółek – Ferrum.
Marek Warzecha wskazał też konkretne przejawy tego, co nazwał „wypaczeniami”. – Prowadzę od kilku dni rozmowy z prawnikami, którzy mówią: musi pan powołać komórkę ESG, musi być zachowany parytet: jedna trzecia kobiet w zarządzie i w radach nadzorczych. Jestem miłośnikiem UE, co nie znaczy, że każdy kretyński pomysł, jaki tam się pojawia, mamy wdrażać – podsumował, oceniając, że wspomniana przez Bartosza Margola kwestia raportowania kwartalnego to tylko „wierzchołek góry lodowej”.
W kwestii tego, czy w bieżącym roku na GPW będzie więcej debiutów czy delistingów, uczestnicy dyskusji byli niemal jednomyślni. Pesymizm w tej sprawie zadeklarował tylko Mirosław Kachniewski.