– Rosnąca polaryzacja społeczna i polityczna zaczyna bardzo mocno wlewać się w sferę gospodarczą. Moim zdaniem to bardzo poważne zagrożenie dla Polski wobec szeregu wyzwań, w tym m.in. demograficznych, które czekają nas w następnej dekadzie - powiedział Piotr Bujak, główny ekonomista PKO Banku Polskiego w trakcie debaty „Prognozy kontra rzeczywistość. Dokąd naprawdę zmierza polska gospodarka” podczas Forum Rynku Finansowego organizowanego przez redakcje „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”.

Jak oceniał, polityczny pat sprawia, że Polska przesypia kluczowy okres przygotowania do „drastycznie szybkiego” starzenia się społeczeństwa w kolejnej dekadzie. – AI czy automatyzacja to błogosławieństwo dla polskiej gospodarki. One załatwią problem z tym, że z polskiego rynku pracy rok w rok będzie znikać 150 tysięcy osób. Natomiast bez głębokiego reformatorskiego wysiłku, nie ma recepty jak poradzić sobie z eksplozją kosztów systemu ochrony zdrowia, która nastąpi w ciągu najbliższych 5-10 lat – ostrzegał Bujak. – W ciągu zaledwie dekady staniemy się jednym z najstarszych społeczeństw w Europie. Nasze koszty systemu ochrony zdrowia wzrosną z obecnych 6 proc. PKB do 12-14 proc. – wyliczał. Potencjalny wzrost wydatków publicznych z tego tytułu będzie więc nawet dwukrotnie większy niż wzrost wydatków zbrojeniowych w ciągu ostatnich trzech lat. – Chyba każdy czuje, co to może oznaczać z punktu widzenia wysokości obciążeń podatkowych, naszej zdolności do pozyskiwania finansowania na rynku, czy jego kosztów – mówił Bujak.

Trzeba inwestować w tanią energię

Wyzwań przed polską gospodarką jest jednak znacznie więcej. Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium, przekonywał, że bardzo ważne jest zapewnienie dostępu do taniej, stabilnej energii, w tym z atomu. – Gdy spojrzymy na kierunki przepływu inwestycji bezpośrednich w obszarze sztucznej inteligencji, to wygrywają regiony, które mają tanią i niskoemisyjną energię – mówił. Z tym wiąże się też dostęp do strategicznych surowców przemysłowych. – To jest źródłem napięcia geopolitycznego. Tak naprawdę ono szybko nie zniknie, bo ta walka o zasoby będzie trwała – zauważał.

Dla polskiej gospodarki to oznacza jedno: trzeba inwestować. – W tanią energię, w poprawę efektywności energetycznej i materiałowej – wyliczał Maliszewski. Jak wyjaśniał, choć efektywność energetyczna Polski w ostatnich dziesięciu latach silnie się poprawiła, to w tym samym kierunku zmieniają się też inne gospodarki. – Tak naprawdę na przestrzeni dekady ciągle jesteśmy piątą gospodarką od końca w UE pod względem efektywności wykorzystania energii – mówił.

Podnosić podatki?

W tym kontekście główny ekonomista Banku Millennium wskazywał jednak na niepokojące statystyki. – Badania NBP pokazują, że firmy z sektora prywatnego ciągle nie są chętne do zwiększania inwestycji. Inwestują przede wszystkim firmy z sektora publicznego, duże przedsiębiorstwa, energetyka. Jeśli nie dołączą do tego małe i średnie przedsiębiorstwa, to trudno będzie utrzymać produktywność. Dostrzegam konieczność wyraźnego wsparcia takiej aktywności inwestycyjnej przez politykę gospodarczą – mówił.

– Polsce najbardziej potrzebne jest obniżenie temperatury sporu politycznego i tworzenie bardziej przewidywalnych, stabilnych ram dla działania biznesu – oceniał natomiast Bujak z PKO BP. Poza drobnymi zmianami regulacyjnymi, przestrzeni fiskalnej dla szerokiego wsparcia inwestycji prywatnych nie widzi Ludwik Kotecki, członek Rady Polityki Pieniężnej. Zwraca przy tym uwagę, że na wysokie deficyty fiskalne ostatnich lat, rzędu 6-7 proc., wpływ miał fakt, że za wzrostem wydatków publicznych nie idą w ślad dochody budżetowe. – O tym trzeba mówić głośno: mamy w Polsce bardzo niskie podatki – mówił.

– To prawda: tam jest przestrzeń, aby zasypać dziurę w finansach publicznych. To byłoby jednak oczywiście negatywne dla konkurencyjności polskiej gospodarki – wskazywał Bujak. – Jeśli nie chcemy sięgać po tę ostateczną broń, to, korzystając z dobrej koniunktury, trzeba odbudować bufory w finansach publicznych – dodawał.

Chiny napierają

Piotr Bielski, dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych w Santander Bank Polska, zwracał natomiast uwagę na rosnące zagrożenie ze strony gospodarki Chin. Jak zauważał, po wybuchu pandemii, a potem ataku Rosji na Ukrainę w 2022 r., popularną tezą było to, że optymalizację kosztów należy nieco odsunąć na bok, a skupić się na bezpieczeństwie dostaw i sprowadzać biznes bliżej Europy.

– Mówiliśmy, że może Polska będzie na tym wygrywać, a Chiny przegrywać. Wydarzyło się jednak coś zupełnie odwrotnego. Chiny dostały dopalacz w ekspansji zagranicznej. Coraz bardziej zastanawiamy się jak dużym zagrożeniem będzie to dla polskiej gospodarki – mówił ekonomista.

Inflacja w górę. Co ze stopami procentowymi?

Nie ulega jednak wątpliwości, że obecnie głównym tematem dla polskiej gospodarki są implikacje wojny w Zatoce Perskiej. – Z punktu widzenia ekonomisty, żyjemy w innym świecie niż miesiąc temu – mówił Kotecki. Kolejne zespoły analityczne rewidują w dół prognozy tempa wzrostu PKB, w górę zaś inflacji. Jak szacował Piotr Bielski, przy braku deeskalacji i poziomach cen ropy i gazu jak w zeszłym tygodniu „łatwo wyobrazić sobie inflację na poziomie 6 proc. na koniec roku”.

To, potencjalnie, mogłoby być argumentem dla Rady Polityki Pieniężnej do podwyżki stóp procentowych. Nastroje tonowali jednak inni ekonomiści. – Mamy wciąż dosyć wysoką stopę procentową, mimo obniżek o 200 punktów bazowych w ciągu ostatniego roku. Prawdopodobnie już taka zostanie, bo trudno sobie w tych warunkach wyobrazić dyskusje co do dalszego luzowania – mówił Kotecki z RPP. Jak dodawał, dobrą wiadomością jest to, że inflacja będzie rosnąć z niskiego poziomu 2,1 proc. – Jest więc trochę przestrzeni do poziomu 3,5 proc., którą można tolerować – tłumaczył. Inflacja 3,5 proc. to górna granica odchyleń wokół celu inflacyjnego NBP.

Jak zauważał przy tym Piotr Bujak z PKO BP, sytuacja makroekonomiczna Polski jest dziś inna niż podczas poprzedniego szoku energetycznego z lat 2021-2022, którego zwieńczeniem była inflacja na poziomie ponad 18 proc. r/r. – Wówczas gospodarka bardzo mocno się rozpędzała i popyt konsumpcyjny rósł nominalnie o kilkanaście, dwadzieścia kilka procent rok do roku przez kilka kwartałów. Do tego rynek pracy był bardzo rozgrzany – przypominał. Jak wyjaśniał, w takich warunkach przenoszenie rosnących kosztów przez firmy na ceny w pełni, a nawet z naddatkiem – powiększając swoje marże – było możliwe. Dziś: nie. – Rynek pracy jest po trzech latach spadku zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. Przy słabnącej presji płacowej, efekt przenoszenia tego szoku na rdzeń procesów inflacyjnych będzie dużo bardziej ograniczony – mówił Bujak. Wszystko oczywiście pod warunkiem, że obecny szok energetyczny nie potrwa długo. – Wtedy otrzemy się o górną granicę dopuszczalnych odchyleń od celu NBP [3,5 proc. – red.], może przez dwa-trzy miesiące będziemy lekko powyżej. Ale RPP będzie miała szansę powiedzieć, że to jest klasyczny szok podażowy, niemal w pełni odwracalny. Będzie mogła postraszyć retorycznie, ale niekoniecznie podwyższać stopy. Oby na tym się skończyło – dodawał główny ekonomista PKO BP.

Bujak wskazywał też, że nieco paradoksalnie umiarkowane efekty konfliktu na Bliskim Wschodzie mogą przynieść nieco oddechu polskim finansom publicznym. – Jeśli rząd nie będzie musiał przygotowywać kosztownych programów pomocowych, to inflacja wyższa o 1-1,5 punktu procentowego, a taki scenariusz się rysuje, przyniesie sporo większe wpływy podatkowe – mówił.

Piotr Bielski oceniał, że sytuacja w Zatoce Perskiej może potencjalnie silniej uderzyć w konkurencyjność cenową Chin i innych krajów Azji – źródło presji na unijną gospodarkę w ostatnim czasie. Grzegorz Maliszewski zauważał jednak przy tym, że Chiny mają bardzo mocną kartę przetargową w relacjach z Europą. – To dostęp do surowców krytycznych. Jesteśmy mocno uzależnieni od importu surowców z Chin – również krytycznych, strategicznych – komentował.