Negocjowana przez ćwierć wieku umowa z Mercosur, której głównym sensem jest ułatwienie dostępu europejskich towarów przemysłowych do rynku 300 milionów południowoamerykańskich konsumentów, w zamian za łatwiejszy dostęp tamtejszej żywności do 450 milionów konsumentów w Unii, poparta została ostatecznie przez większość krajów. Wzbudziła jednak poczucie zagrożenia u rolników, a szczególnie głośno protestowano w tych krajach, w których dominują małe gospodarstwa rodzinne. Oczywiście również w Polsce, w której aż 96 proc. gospodarstw stanowią stosunkowo małe, o powierzchni poniżej 50 ha.
Skąd bierze się problem – i czy rzeczywiście zagrożenie konkurencją dla tych gospodarstw jest rozstrzygającym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji o polskim poparciu lub braku poparcia dla wielkiego porozumienia handlowego?
Problem korzyści z międzynarodowej wymiany handlowej jako jeden z pierwszych wyjaśnił ponad 200 lat temu angielski ekonomista David Ricardo, pokazując na przykładzie portugalsko-angielskiego handlu winem i suknem, że w momencie gdy oba kraje zamiast starać się wytwarzać na własne potrzeby wszystko, skoncentrują się na wytwarzaniu tego produktu, który potrafią wyprodukować lepiej, zaspokajając potrzeby konsumentów na obu rynkach, oba będą zamożniejsze. Magicznym słowem jest tutaj specjalizacja, która może wynikać zarówno z korzystniejszych relacji cenowo-kosztowych, jak z zakumulowanej wiedzy czy wyrobionej marki (niemieckie auta wcale nie są tańsze niż auta konkurentów).
Wnioskiem, który wyciągnęła ekonomia, jest poparcie dla idei wolnego handlu, rzecz jasna toczonego na uczciwych zasadach, ale nieobciążonego cłami. Problem tylko z tym, że jest to sprzeczne z prostą intuicją, która podpowiada zarówno zwykłemu człowiekowi z ulicy, jak prezydentowi Trumpowi, że przecież jak wysoko ocli się towary zagraniczne, nasz kraj będzie się miał lepiej. Może i tak, ale tylko do czasu, aż zagranica obłoży cłami nasze towary. A wtedy wszyscy będą cierpieli, a zwłaszcza przepłacający za kupowane towary konsumenci.
Istota problemu sprowadza się do tego, że wprawdzie na wolnym handlu obie strony zyskują, ale jest jednak ktoś, kto traci. Tracą te firmy czy sektory gospodarki, które nie są konkurencyjne wobec zagranicznych, a dotąd były chronione cłami. I to właśnie one muszą dostosować się do nowych warunków, zmieniając swój profil produkcji i specjalizując się w tym, co związanemu z nami umową handlową drugiemu krajowi wychodzi gorzej.