fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Artur Bartkiewicz: Sprawa dr. Greniucha. Ile może stracić Polska przez jedno zdjęcie?

Dr Tomasz Greniuch
fot. Archiwum Instytut Pamięci Narodowej - oddział we Wrocławiu
Im szybciej IPN wycofa się z nominacji dla dr. Tomasza Greniucha, tym straty spowodowane tą decyzją będą mniejsze. Bo tych ostatnich raczej uniknąć się już nie da.

Czy dr Greniuch mógł dojrzeć i zrozumieć, że ten, kto wita się gestem wyciągniętej przed siebie ręki z otwartą dłonią w Polsce stawia się po złej stronie historii? Mógł, oczywiście. Czy może dziś żałować błędów młodości – jak sam mówi o tamtym zachowaniu? Jak najbardziej, to mu się chwali. Czy jednak owe żal i skrucha wystarczą, aby powierzyć mu kierownicze stanowisko w IPN? Nie.

Dlaczego? Nie chodzi wcale o absolutyzm moralny, rodem z twórczości Josepha Conrada i przekonanie, że jeden błąd przekreśla możliwość bycia dobrym człowiekiem. Tak oczywiście nie jest, dr Greniuch może być dziś świetnym naukowcem, to w całej sprawie w ogóle nie powinno być przedmiotem dyskusji.

Chodzi o coś zupełnie innego. Gdzie jak gdzie, ale w Polsce wydawało się, że wszyscy rozumieją wagę polityki historycznej i jej wrażliwość na pewne symbole. Przez lata polscy politycy i polskie media (z Jerzym Haszczyńskim z „Rzeczpospolitej” na czele) musieli prowadzić walkę ze zbitką „polskie obozy śmierci”, która dla niezainteresowanych historią stawiała nas nieomal w szeregu sojuszników Adolfa Hitlera i współsprawców Holokaustu.

W ostatnich latach musimy zadawać kłam narracji, forsowanej przez Władimira Putina, która znów wpycha nas w ramiona Hitlera, rzekomego sojusznika Polski przed 1939 rokiem. Porażka w takiej wojnie o pamięć byłaby dla Polski ponownym przegraniem II wojny światowej – tym razem na płaszczyźnie moralnej. Oznaczałoby to, de facto, że heroiczne stawianie czoła dwóm totalitaryzmom zastąpione zostałoby, w świadomości historycznej światowej opinii publicznej, wizją Polski, która zaplątała się w polityce międzynarodowej i w rzeczywistości była sama winna swojej katastrofy.

Jeśli w takiej rzeczywistości p.o. dyrektorem oddziału IPN we Wrocławiu zostaje naukowiec, którego trzeba tłumaczyć z tego, że nie jest nazistą i który ma „w dorobku” zdjęcia z wyciągniętą przed siebie otwartą dłonią oraz flirt z ONR, to odpowiedzialny za tę decyzję dopuścił się czegoś gorszego, niż głupoty – popełnił błąd. Bo trudno o większy prezent dla próbujących przekonać, że II RP w rzeczywistości czuła miętę do Hitlera, niż powierzenie zadania badania polskiej historii komuś z taką przeszłością. Nie łudźmy się – nasi przeciwnicy w walce o prawdę historyczną nie będą się bawić w niuanse, dzielenie włosa na czworo i pobłażanie błędom młodości. Dla nich najważniejsza będzie ten salut uwieczniony na zdjęciach. Resztę już da się dopisać.

Minister Michał Wójcik, pytany o całą sprawę, przywołał przykład św. Pawła z Tarsu, który najpierw prześladował chrześcijan, a potem za tych chrześcijan ginął. To szlachetna postawa, ale jeśli do polskiej polityki historycznej wprowadzimy taką logikę, wówczas np. jakiekolwiek otwieranie tematu reparacji od Niemiec okazuje się małostkowością. Wszak Niemcy przez te kilkadziesiąt lat też się zdążyli zmienić.

A skoro tak, to po co zawracać sobie głowę historią? Czy takich wniosków chcemy?

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA