Uff, emocje mogą opaść, a były niemałe. Parlament Europejski znaczącą większością głosów przeforsował dyrektywę o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Wynik głosowania do końca nie był przesądzony. Obie strony – środowiska twórcze i zwolennicy wolności w internecie - do ostatniej chwili nie szczędziły wysiłków (i pieniędzy), by zyskać przewagę.
Jeszcze w poniedziałek wieczorem lobbyści „wolności w internecie” przekonywali do zatrzymania dyrektywy. Znów padły bezzasadne i absurdalne słowa, że planowana regulacja wprowadza „cenzurę w sieci”. PiS nie zmienił stanowiska. Za to wśród europosłów PO, mimo zaleceń z Warszawy, by głosować przeciw dyrektywie, nie zarządzono dyscypliny w głosowaniu. Dzięki temu część posłów Platformy dyrektywę poparła. Znalazła się tym samym w znakomitej większości europarlamentarzystów, którzy rozumieją, że każda wolność musi mieć swoje ograniczenia. Choćby takie, jak prawo własności, także własności dóbr intelektualnych, co w naszej tradycji cywilizacyjnej dla wielu jest całkiem oczywiste.