Tak można odczytać dzisiejszy komentarz „Gazety Wyborczej”. Gazeta, której autentycznie leży na sercu obywatelska aktywność, na chwilę porzuca ideały, jeśli może to zaszkodzić zwalczanemu przez nią prezydentowi. I sufluje ugrupowaniom niechętnym Dudzie, że warto postawić na niską frekwencję, która oznaczałyby jego polityczną porażkę.

Autor komentarza, Paweł Wroński, słusznie przypomina, że niejedno referendum „oderwało się od meritum, zmieniło w plebiscyt dla władzy”. Przypomina tego typu porażki Charlesa de Gaulle’a czy Wojciecha Jaruzelskiego i pisze, że „gdyby frekwencja nie przekroczyła 50 proc. i okazało się ono nieważne, autorytet prezydenta by ucierpiał”. A gdyby była znacząco niższa niż w odbywających się równolegle wyborach samorządowych, „oznaczałoby to wotum nieufności od części wyborców”.

Czy obywatele zignorują referendum, które Andrzej Duda chciałby rozpisać na 11 listopada przyszłego roku? Na razie nie wiemy nawet, czego konkretnie miałoby ono dotyczyć, bo głowa państwa dopiero zapowiada konsultacje w tej sprawie. Ale jest bardzo prawdopodobne, że frekwencja będzie niska. W III RP na ogół taka była, o czym chyba najboleśniej przekonał się Bronisław Komorowski. Niecałe 8 proc. uprawnionych wybrało się do urn, by odpowiedzieć na pytanie byłego już prezydenta, czy chcą jednomandatowych okręgów wyborczych. Frekwencja raz tylko przekroczyła 50 proc., gdy Polacy decydowali o wejściu do Unii Europejskiej.

Wśród przypomnianych przez „GW” polityków, którzy poślizgnęli się na referendum jest były włoski premier Matteo Renzi. Faktycznie, odszedł ze stanowiska, gdy Włosi odrzucili jego konstytucyjne propozycje. Ale wymowa tego przykładu wcale nie jest oczywista. Minęło pół roku i Renzi w wielkim stylu wygrał wybory na przewodniczącego Partii Socjalistycznej, miażdżąc partyjnych konkurentów. Niech to będzie memento dla tych, którzy marzą, by referendalny pomysł prezydenta Dudy obrócić przeciwko niemu i go w ten sposób politycznie „zabić”.