fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Piotr Skwirowski: Marzenia o łagodnej zimie

Adobe Stock
Najwyższy od kilku lat wzrost liczby osób, które straciły pracę w ramach zwolnień grupowych, to tylko jeden z symptomów ochłodzenia zbliżającego się do naszej gospodarki. Nie jesteśmy na nie dobrze przygotowani.

Paradoksalna sytuacja na rynku pracy. Mamy rekordowo niskie bezrobocie, firmy poszukują pracowników, ciągle słyszymy wręcz o rynku pracownika, który dyktuje warunki pracodawcy, a na witrynach dużej części sklepów, barów, restauracji i punktów usługowych widzimy kartki z napisem „przyjmę do pracy". Jednocześnie liczba osób, które w 2019 r. straciły pracę w wyniku zwolnień grupowych, jest dwa razy wyższa niż w 2018 r. i najwyższa od 2014 r.

Co się dzieje? Ano nie najlepiej się dzieje. Sytuacja na rynku pracy ciągle jest wprawdzie dobra, ale na horyzoncie widać już zbierające się czarne chmury. Same zwolnienia grupowe to przede wszystkim efekt konsolidacji w bankach i firmach ubezpieczeniowych. Ale do tego dochodzi zmniejszająca się liczba nowych ofert pracy. W 2019 r. mieliśmy okresy, gdy więcej miejsc pracy ubywało, niż przybywało. To pierwszy taki przypadek od wspomnianego 2014 r. Hamuje, i to coraz mocniej, wzrost gospodarczy. GUS właśnie podał wstępny szacunek, z którego wynika, że w 2019 r. rozwijaliśmy się w tempie 4 proc. To oczywiście dobry wynik, ale też wyraźnie gorszy niż rok i dwa lata wcześniej. Co więcej, druga połowa roku była gorsza niż pierwsza. Danych za czwarty kwartał 2019 r. jeszcze nie ma, ale wzrost mógł tu zjechać w okolice 3 proc. W tle widać hamowanie dynamiki eksportu, nieustający kłopot z inwestycjami, wzrost cen i związany z nim spadek dynamiki konsumpcji, której nie pomogło nawet rozszerzenie 500+ na pierwsze dziecko. Nastroje konsumentów pogarszają się.

Oczywiście w spowolnieniu gospodarczym nie ma nic nadzwyczajnego. Falowanie gospodarki jest normalne. Po okresie wzrostu przychodzi spowolnienie. I ekonomiści się go spodziewali. Problem w tym, że nasza gospodarka nie jest na nie dobrze przygotowana. Zamiast, jak zrobiło wiele innych krajów, często bogatszych od nas, wykorzystać okres hossy na naprawę finansów publicznych, robienie zapasów, my to, co wpadło do budżetu, przejadaliśmy. Ba, dodatkowo się zadłużaliśmy. Trochę jak konik polny z bajki La Fontaine'a, który lato przebalował, śmiejąc się z mrówki robiącej zapasy na zimę. Gdy ta wreszcie przyszła... Teraz musimy żyć nadzieją, że zima będzie łagodna i jakoś ją przeczekamy. Ale perspektywy nie są dobre. Nie tylko dla rynku pracy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA