fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Inne sporty

RPA: Sukces ponad podziałami

Radość rugbystów RPA. Z pucharem pierwszy czarnoskóry kapitan reprezentacji Siya Kolisi
AFP
Mistrzostwo świata w rugby zdobyła drużyna RPA. Wygrała w finale w Jokohamie z Anglią 32:12 i dała podzielonemu krajowi chwilę ulgi od problemów codzienności.

Mecz na japońskim stadionie chyba nie będzie pamiętany z powodu nadzwyczajnych emocji gry. Opinie były zgodne: to było starcie świetnej obrony z przeciętnym atakiem. Anglicy, typowani do zwycięstwa, przegrali pierwszą połowę 6:12, w drugiej, gdy rywale do skutecznych rzutów karnych dołożyli dwa przyłożenia, stracili wiarę w sukces.

Znacznie więcej wzruszeń było po spotkaniu. Nowy prezydent Republiki Południowej Afryki Cyril Ramaphosa przyleciał do Japonii i po 80 minutach mógł cieszyć się z 57 milionami rodaków, a także przyjąć gratulacje księcia Harry'ego reprezentującego królową Elżbietę II oraz wręczyć mistrzom puchar.

Trzecie zwycięstwo rugbystów RPA stało się, jak dwa poprzednie, opowieścią o wielu wątkach, tylko w małej części sportowych. Rugby na południu Afryki długie lata było wyłącznie sportem białych, jednym z najmocniejszych świadectw apartheidu. Sukces z 1995 roku, gdy Nelson Mandela w koszulce reprezentacyjnej wręczył Puchar Webba Ellisa kapitanowi Francoisowi Pienaarowi, według wielu oznaczał prawdziwy początek jednoczenia kraju.

Jest postęp na tej sportowej drodze, choć przesadą byłoby stwierdzenie, że był nagły. W Johannesburgu 24 lata temu w drużynie Springboks grał jeden czarnoskóry gracz – Chester Williams. Podczas drugiego triumfu w 2007 roku w Paryżu, gdy prezydent Thabo Mbeki poszedł w ślady Mandeli i obejmował kapitana Johna Smita, w startowej piętnastce RPA było ich raptem dwóch.

W Jokohamie trener Rassie Erasmus na początku finału posłał jednak na boisko siódemkę czarnych rugbystów, wśród nich Makazole Mapimpiego i Cheslina Kolbego, którzy wykonali kluczowe przyłożenia, więc nikt nie mógł sugerować, że trener kierował się przy ustalaniu składu rasowymi parytetami.

Triumf nadziei

Najważniejszą rolę odegrał jednak Siya Kolisi, dzieciak urodzony w slumsach czarnej biedoty, który został kapitanem reprezentacji. Jego historia stała się najlepszą ilustracją zmian. Kolisi był dzieckiem nastoletnich rodziców. Urodził się w Zwide na przedmieściach Port Elizabeth. Młodość przeżył w skrajnej biedzie, spał na stosie koców na podłodze, spędzał dni bez jedzenia, ale przetrwał, choć gdy miał 15 lat, zmarła jego matka, a zaraz potem babcia, która wzięła go pod zastępczą opiekę.

Marzył o grze w rugby. Mijał w drodze ze szkoły stadion African Bombers w Zwide, podglądał treningi i nie przestał wierzyć, że też może wybiec kiedyś na boisko. Nie miał butów i skarpetek, ale miał nadzieję.

Miał szczęście, że ktoś go zauważył, pomógł mu dostać się do prestiżowej szkoły średniej, Gary High School, z której wyszło wielu znakomitych sportowców Afryki Południowej. Nauka w niej była szansą na wyjście z ubóstwa, uwolnienie się ze społecznych ograniczeń i karierę w rugby. Wykorzystał ją znakomicie.

Prawdą jest jednak, że niewielu miało tyle szczęścia. Siya Kolisi i dziesiątka pozostałych czarnych rugbystów w drużynie mistrzów świata wciąż stanowią wyjątek od reguły. W RPA od 25 lat nie ma apartheidu, ale nierówności utrzymują się w wielu, jeśli nie we wszystkich dziedzinach życia.

Raport Banku Światowego z 2018 roku potwierdza, że przepaść między bogatymi i biednymi stale się powiększa. Podziały te często przebiegają wzdłuż linii rasowej, tylko czasami plemiennej. Badania Południowoafrykańskiej Komisji Praw Człowieka dowodzą, że biała mniejszość nie traci możliwości życia w dostatku, podczas gdy czarni obywatele pozostają uwięzieni na niższych szczeblach drabiny społecznej.

Dla kraju, który wciąż nosi grube blizny podziałów z przeszłości, widok pierwszego czarnoskórego kapitana prowadzącego drużynę do mistrzostwa świata musiał zatem mieć znacznie większą wartość, niż ma to małe, złote, staroświeckie naczynie wręczone zwycięzcom na stadionie w Jokohamie.

Kapitan Kolisi i trener Erasmus mówili po finale przede wszystkim o tym, że zwycięstwo daje ludziom w RPA radość i nadzieję. Pozwala zapomnieć o strachu, wybuchach przemocy, stagnacji gospodarczej, politycznych kłótniach, braku energii elektrycznej i wody.

– Ta nadzieja pojawia się, gdy dobrze gramy. Ludzie nas oglądają, urządzają grilla i bez względu na różnice polityczne lub religijne przez 80 minut zgadzają się ze sobą, nawet jeśli zwykle zgody między nimi nie ma. Rugby nie odpowiada za likwidację podziałów, ale mamy ten wielki przywilej, że je usuwamy – mówił trener Erasmus.

Jeden cel

Nawet potężna siła sportu w takich przypadkach może nie wystarczyć, by zasypać wszystkie rowy, ale z pozycji kapitana mistrzów świata Siya Kolisi nie zapomniał przypomnieć rodakom: – Pochodzimy z różnych środowisk, reprezentujemy różne rasy, lecz zebraliśmy się w Japonii w jednym celu i ten cel osiągnęliśmy. Nie widziałem jeszcze takiej Afryki Południowej, a przecież możemy osiągnąć wszystko, jeśli będziemy pracować razem.

Znaczny zasięg medialny, znakomita oglądalność telewizyjna, wielka liczba kibiców na stadionach i inne pozytywne skutki ekonomiczne siedmiotygodniowych mistrzostw świata w Japonii potwierdziły słuszność decyzji, by po raz pierwszy rozegrać je w Azji. Następne mistrzostwa świata odbędą się za cztery lata we Francji.

Polskie rugby na razie ma do tych emocji daleko. W dniu finału w Jokohamie nasza reprezentacja grała w trzeciej lidze europejskiej z Niemcami. Walczyła w Łodzi dzielnie, lecz przegrała 15:35.

> PŚ W RUGBY Finał: RPA – Anglia 32:12. O 3. miejsce: Nowa Zelandia – Walia 40:17. ?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA