fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Zamach na Markova: Tajemnica bułgarskiego parasola

7 września 1978 r. Georgi Markow został zamordowany na zlecenie bułgarskiego wywiadu
AFP
7 września minęło 41 lat od zamachu na Georgi Markowa. Śmierć bułgarskiego dysydenta stanowi jedną z najbardziej zagadkowych zbrodni okresu zimnej wojny. W dalszym ciągu nie znamy nazwiska osoby, która dokonała egzekucji na pisarzu i dziennikarzu.

Kiedy Georgi Markow ujrzał nadjeżdżający londyński autobus, tak jak zawsze ustawił się na końcu grupki oczekujących osób. W pewnym momencie poczuł mocne, nieprzyjemne ukłucie w tylnej części prawego uda. Odwrócił się za siebie i zobaczył postawnego mężczyznę, podnoszącego z ziemi parasol. Nieznajomy powiedział po angielsku „przepraszam" z charakterystycznym wschodnioeuropejskim akcentem, po czym cofnął się i zatrzymał taksówkę. Markow wsiadł do autobusu i pojechał w kierunku głównej siedziby BBC w Londynie. Trucizna wstrzyknięta za pomocą szpikulca znajdującego się w parasolu zaczęła działać. Cztery dni później, 11 września 1978 roku Georgi Markow zmarł w męczarniach w londyńskim szpitalu św. Jakuba. Śmierć bułgarskiego dysydenta, pisarza i naczelnego krytyka reżimu Todora Żiwkowa, została uznana za jeden z najbardziej tajemniczych mordów o podłożu politycznym XX wieku.

Ulubieniec władzy, który stał się śmiertelnym wrogiem

Pod koniec lat 60. Markow popularny powieściopisarz i dramaturg uciekł z Bułgarii na zachód. Do tego czasu uchodził za pupila partii komunistycznej i jej pierwszego sekretarza Todora Żiwkowa. Świadczył o tym m.in. jego status materialny. Mowa o pokaźnej willi oraz samochodzie marki BMW, które to Markow otrzymał w związku ze swoją działalnością pisarską. Przywilejem była również możliwość uczestnictwa w różnorakich spotkaniach kulturalnych, które organizował w swojej rezydencji pierwszy sekretarz BPK. Dzięki temu Markow miał okazję poznać zwyczaje i tajemnice skrywane za murami posiadłości Żiwkowa. Z biegiem czasu wiedza ta sprawiła, że Markow stał się śmiertelnym wrogiem dyktatora, który wydał na niego wyrok śmierci.

Twórczość Markowa zaczęła zbaczać z „toru", który był wyznaczony przez partię. Krytyczne oceny sytemu i rządów Żiwkowa były widoczne zarówno w sztukach, jak i powieściach pisarza. Komuniści nie mogli zrozumieć, jak wielbiony przez nich autor nagle zmienił front i rozpoczął oczernianie władzy. Powyższa sytuacja doprowadziła do cenzurowania wszystkich dzieł Markowa. Literat uważał to za coś nieakceptowalnego. Czuł się jak ktoś, komu siłą zamyka się usta. Podjął decyzję o opuszczeniu kraju i ucieczki na zachód. Przez Włochy przedostał się do Wielkiej Brytanii, gdzie osiadł na stałe w 1969 roku. Dzięki pomocy środowiska bułgarskich emigrantów otrzymał pracę w Radiu BBC World Service. Później rozpoczął również nagrywanie audycji dla Deutsche Welle oraz przede wszystkim dla Radia Wolna Europa.

To właśnie na antenie bułgarskiej sekcji Radia Wolna Europa w czerwcu 1975 roku została wyemitowana pierwsza autorska audycja Markowa. Był to początek 137-odcinkowego cyklu pt. „Zaocznie. Raporty o Bułgarii". Program zyskał ogromną popularność i był emitowany w niedzielę, w najlepszym czasie antenowym. Początkowo Markow skupiał się jedynie na życiu kulturalnym w Bułgarii, by po kilku odcinkach, przejść do zajadłej krytyki bułgarskiego reżimu. Polegała ona m.in. na ujawnianiu kompromitujących i ośmieszających faktów, o których Markow wiedział dzięki wizytom na dworze Todora Żiwkowa. W Bułgarii pisarz został uznany za zdrajcę, wyrzucono go z krajowego Związku Pisarzy, książki Markowa nie miały prawa gościć na półkach bibliotek i księgarń. W 1976 roku pisarza skazano zaocznie na sześć i pół roku więzienia oraz konfiskatę majątku. Używanie nazwiska Markowa było zakazane we wszystkich oficjalnych bułgarskich mediach aż do 1989 roku.

KGB na ratunek

Żyjąc na emigracji, Markow znalazł się pod ścisłą obserwacją bułgarskiej bezpieki. Oficjalnie Komitet Bezpieczeństwa Państwowego (DS) zajął się rozpracowaniem pisarza w 1971 roku. Otrzymał on kryptonim „Wędrowiec". Każda kolejna audycja pisarza, w której wylewał „wiadro pomyj" na głowę Żiwkowa i komitetu centralnego BPK oznaczała, że pobłażliwość bułgarskich komunistów dobiegnie końca. Kiedy pomiędzy listopadem a styczniem 1977 i 1978 roku słuchacze RWE usłyszeli 11 satyrycznych audycji pt. „Osobiste spotkania z Todorem Żiwkowem", dyktator nie wytrzymał. Uznał, że po wcześniejszych, nieskutecznych ostrzeżeniach należało raz na zawsze zamknąć Markowowi usta.

Z zachowanych dokumentów wynika, że bułgarska bezpieka już wcześniej kontaktowała się z przyjaciółmi z KGB w sprawie rozwiązania problemu z „Wędrowcem". W maju 1976 roku delegacja oficerów z DS podczas spotkania na Łubiance w Moskwie konsultowała 17 przypadków rozwiązania sprawy Markowa. Jednak w 1978 roku sprawa była już o wiele poważniejsza. Minister spraw wewnętrznych Bułgarii, a zarazem szef bezpieki Dimitar Stojanow, poprosił Sowietów o pomoc w likwidacji Markowa, który coraz bardziej szkalował i ośmieszał bułgarskiego przywódcę w swoich audycjach. Szef KGB Jurij Andropow nie był szczęśliwy z powodu prośby swoich bułgarskich przyjaciół. Po wpadce, jaką KGB zaliczyło w związku z likwidacją Rebeta i Bandery w Niemczech Zachodnich, Andropow zdecydowanie nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za pomoc w rozwiązywaniu problemów w krajach satelickich. Jednak szef wywiadu zagranicznego KGB generał Władimir Kriuczkow zwrócił uwagę, że w przypadku odmowy, Stojanow zostanie postawiony w bardzo niezręcznej sytuacji. Żiwkow będzie myślał, ze zarówno szef DS, jak i on sam są marginalnie traktowani przez Moskwę. Wsparcie, na jakie Bułgarzy liczyli ze strony KGB, było wręcz obowiązkiem Andropowa. Stojanow był zawsze gotowy do okazania pomocy, kiedy wymagało tego dobro i trwałość przyjaźni bułgarsko-radzieckiej. Zapadła decyzja, że KGB pomoże Bułgarom, ale jedynie od strony technicznej, bez udziału personalnego agentów z Moskwy. W tym momencie los Markowa został przesądzony.

Bez zbędnej zwłoki Sowieci zaczęli przygotowywać najlepszy scenariusz likwidacji Markowa. W ścisłej współpracy z DS, po długich konsultacjach podjęto decyzję, że jako narzędzie do uśmiercenia pisarza zostanie użyty specjalny parasol. W jego końcowym szpicu znajdował się rodzaj samopału z tłumikiem, za pomocą którego było można wystrzelić specjalną kulkę zawierającą silną truciznę. Środkiem, który ostatecznie wybrano została rycyna. Zawarte w niej toksyny niszczą system obronny organizmu, a później powodują rozpad białek, który „zabija" komórki ludzkiego ciała.

Śmierć na skutek zatrucia rycyną

7 września 1978 roku, w dniu urodzin Todora Żiwkowa, Markow wziął podwójny dyżur w redakcji BBC. Historia z parasolem miała miejsce, kiedy dziennikarz po raz drugi jechał do siedziby BBC. Po powrocie do domu nic nie wskazywało, że następnego dnia rano Markow będzie się czuł bardzo źle. Dostał wysokiej gorączki, pojawiła się biegunka i wymioty. Badania wykazały drastyczny wzrost białych krwinek. Podjęto leczenie w kierunku posocznicy, jednak bezskuteczne. Stan pisarza z godziny na godzinę się pogarszał. Markow zmarł 11 września o godzinie 9.45 w londyńskim szpitalu św. Jakuba. Pochowano go na przykościelnym cmentarzu Whitchurch w Dorset. Zostawił żonę Annabel i dwuletnią córkę Aleksandrę.

Przeprowadzona sekcja zwłok wykazała niewielką rankę na prawym udzie pisarza. Odnaleziono w niej platynową kulkę z wydrążonymi otworami. Tak zaczęło się śledztwo, które wykazało, że bułgarski dysydent został otruty. Za pomocą szpikulca wprowadzono do jego ciała kuleczkę zawierającą truciznę. Po czterech miesiącach oficjalny raport sekcyjny brzmiał: śmierć na skutek zatrucia rycyną. Na tym etapie śledztwo stanęło w miejscu. Scotland Yard nie mógł rozwiązać zagadki, a kluczowe pytanie, kto śmiertelnie zatruł Markowa, do dzisiaj pozostaje tajemnicą. Kiedy w drugiej połowie lat 80. na zachód uciekło dwóch wysokich rangą oficerów KGB – Oleg Gordijewski oraz Oleg Kaługin – światło dzienne ujrzały informacje, dotyczące udziału Sowietów w zamachu na Markowa. Sprawa wyglądała jasno: Żiwkow chciał zabójstwa literata, a KGB udzieliło Bułgarom wsparcia technicznego. Cały czas nie wiedziano jednak, kto pojawił się z zatrutym parasolem 7 września na Waterloo Bridge. Brytyjczycy łudzili się, że upadek żelaznej kurtyny i koniec komunistycznych rządów w Europie Wschodniej pomoże znaleźć odpowiedź na to pytanie. Jednak w tej sprawie zmiana ustroju wcale nie pomogła, a nawet bardziej zagmatwała historię. Pojawiła się zmowa milczenia, a nawet tajemnicze zgony i samobójstwa. Nowa rzeczywistość po 1989 roku wcale nie życzyła sobie rozwiązania zagadki śmierci Markowa.

Najemnik zabójcą?

Kiedy w 2005 roku dziennikarz Hristo Hristow wydał książkę pod tytułem „Zabić »Wędrowca«", po raz pierwszy pojawiło się nazwisko osoby, która mogła stać za atakiem na Markowa. Chodziło o Włocha z duńskim paszportem Francesco Gullino, który pracował dla bułgarskiego wywiadu podczas zimnej wojny. Gullino, działający pod pseudonimem Piccadilly, przebywał w Londynie w dniu ataku na Waterloo Bridge. Niedługo po zabójstwie Markowa, na jego konto wpłynęły pokaźne sumy pieniędzy.

Zanim Hristow wydał swoją książkę, Gullino znajdował się już w zainteresowaniu brytyjskiego wywiadu. Włoch przyznał się do współpracy z Bułgarami, ale stanowczo zaprzeczył, aby miał cokolwiek wspólnego z zabójstwem Markowa. Wskazał natomiast, że to zachodnie służby zabiły pisarza, aby skompromitować Bułgarów.

11 września 2013 roku, kiedy minęło 35 lat od śmierci Georgi Markowa, bułgarska prokuratura ogłosiła, że sprawa uległa przedawnieniu. Z pewnością dla niektórych osób była to długo wyczekiwana informacja. Z kolei Brytyjczycy w dalszym ciągu nie składają broni i chcą doprowadzić do ostatecznego wyjaśnienia tej sprawy sprzed 41 lat.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA