fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Festiwal Biegowy

Ostatni daje wielką radość

TOMASZ SZWAJKOWSKI / 11. TAURON FESTIWAL BIEGOWY
– Najtrudniej jest, gdy musimy zdjąć zawodnika z trasy. Między prawem i duchem sportu zawsze należy zachować równowagę – mówi szef sędziów Tauron Festiwalu Biegowego Feliks Piwowar.

Na czym polega pana praca?

Muszę przede wszystkim rozstawić sędziów w odpowiednich punktach trasy oraz pilnować programu zawodów, aby we właściwym momencie startować zawodników. Jako zespół zabezpieczamy pomiar czasu oraz metę. Współpracujemy ze służbami porządkowymi w miejscach, gdzie trzeba wstrzymać ruch. Czuwamy też nad przestrzeganiem regulaminu. Dbamy, aby impreza odbyła się zgodnie z przepisami, w dobrej atmosferze, według zasad fair play.

Jak duży jest wasz zespół?

Tłumów nie ma. Razem ze mną ekipa sędziowska na Festiwal Biegowy liczy jedenaście osób.

Co jest największym wyzwaniem w waszej pracy?

Zabezpieczenie punktów kontrolnych w górach. Czasem trzeba trochę posiedzieć na miejscu i czekać na ostatnich biegaczy. Zdarza się, że zawodnik, który przekroczył limit czasu, nie chce zejść z trasy. Na to nie możemy sobie pozwolić.

To obowiązek sędziów, aby ściągnąć takiego zawodnika?

Sugerujemy, aby zgodnie z regulaminem oddał numer startowy i formalnie zszedł z trasy. Jeśli tego nie zrobi, to dalej biegnie już na własną odpowiedzialność. Informujemy go o tym. Limit czasu jest limitem odpowiedzialności. Czasami zdarza się, że biegacz nie oddaje numeru i idzie dalej. Na szczęście nigdy się nie zdarzyło, aby ktoś zaginął. Zawsze jest jednak ryzyko, to dla nas dodatkowy stres. Tegoroczna edycja była pod tym względem wyjątkowo trudna, bo impreza została przełożona na październik, co wiązało się z niższymi temperaturami i wcześniejszym zachodem słońca. A na trasie są miejsca, gdzie sieci komórkowej brakuje zasięgu, więc nie ma kontaktu ze światem.

Jak dostosowaliście trasę do zagrożeń, o których pan wspomniał?

Wprowadziliśmy pewne przesunięcia czasowe, ale generalnie program był zbliżony do ubiegłorocznego. Nie chcieliśmy wywracać go do góry nogami. Jeśli ktoś porywa się na 100-kilometrowy bieg, to i tak musi wystartować o 2 czy 3 nad ranem, żeby dotrzeć na metę przed 22. Bieganie po zmroku mamy co roku.

Jak na 100-kilometrowej leśnej trasie upilnować, żeby nikt nie pobiegł na skróty?

Mamy dużo punktów kontrolnych, a trasę prowadzimy tak, że nie da się jej skrócić. Biegnie się najszybszym i najprostszym do pokonania szlakiem.

Praca nocą to duże wyzwanie?

Spore, ale taka jest robota. Piję kawę, biorę latarkę i ruszam na trasę. Program w tym roku był trochę okrojony ze względu na mniejszą liczbę uczestników, więc nie było tak źle.

Rok temu było inaczej?

Pobiliśmy wówczas rekord uczestników, na trasie pojawiło się 15 tys. osób. To było olbrzymie wyzwanie logistyczne, bo często na mecie musieliśmy mieć podwójną obsadę sędziowską, arbitrzy przez cztery godziny pisali wyniki ciurkiem. Co chwila ktoś wpadał na metę.

Nie ciągnie pana, żeby ruszyć na trasę z biegaczami?

Zdarzyło mi się sprawdzić część tras marszem czy spacerem. Dla zdrowia biegam, w młodości uprawiałem narciarstwo. Teraz poświęcam się jednak przede wszystkim organizacji zawodów, to jest mój priorytet.

Pandemia koronawirusa bardzo skomplikowała wam pracę?

Musieliśmy podzielić start na serie, co wydłuża czas przeznaczony na jego przeprowadzenie. Trzeba pilnować limitów, reżim sanitarny rodzi nowe wyzwania. Prawda jest jednak taka, że co roku dzieje się coś nowego, organizacja biegów masowych to praca na żywym organizmie. Nie da się wszystkiego przewidzieć i zaplanować. Najważniejsza jest sprawna, szybka reakcja.

Kiedy jest najtrudniej?

Najbardziej stresujące sytuacje to kontuzje. Zdarza się, że ktoś skręci nogę i nie może dobiec do mety, to bardzo przykre. Problemem bywa też limit czasu. Mieliśmy przypadki, kiedy ktoś biegł przez całą noc i przekroczył go kilkaset metrów przed metą. Pozwolenia na zamknięcie konkretnych odcinków trasy są ograniczone czasowo, więc bywa tak, że musimy otworzyć drogę i poprosić biegacza o zejście z trasy. Nawet jeśli wiemy, że on do mety może bez problemu dotrzeć. Czasem taki zawodnik oddaje numer, idzie chodnikiem i w ten sposób osiąga metę. Jest ostatni, nie klasyfikujemy go, ale dostaje medal oraz brawa. Między prawem i duchem sportu zawsze trzeba zachować równowagę. Mnie najwięcej radości sprawiają nie ci, którzy wygrywają, tylko właśnie ci, którzy docierają do mety ostatni.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA