Felietony

Czy Paryż płonie?

AFP
Kto zadał pytanie: „Czy Paryż płonie?". Nie zrobił tego ani premier Thiers, walcząc w roku 1871 z komunardami, ani Charles de Gaulle, dopytując się o demonstracje studenckie w roku 1968. Zrobił to Adolf Hitler, kiedy 19 sierpnia 1944 r., na wieść o wybuchu w Paryżu powstania, nakazał dowódcy niemieckiego garnizonu okupacyjnego zniszczenie stolicy Francji.

Paryż uniknął zagłady, bowiem alianci momentalnie skierowali w jego kierunku swoje dywizje pancerne i w ciągu czterech dni wkroczyli do miasta. Takiego szczęścia nie miała niestety walcząca w tym samym czasie Warszawa – Armia Czerwona, która mogła ją wyzwolić, stanęła spokojnie na drugim brzegu Wisły, by przypadkiem nie przeszkodzić Niemcom w wykonaniu rozkazu Hitlera.

Choć dzisiaj czasy wydają się spokojniejsze, to samo pytanie pojawiło się na nowo. Czy Paryż płonie? Czy program reform prezydenta Emmanuela Macrona, który swym wyborczym zwycięstwem dał nadzieję wszystkim zwolennikom liberalnej demokracji, gospodarki rynkowej i integracji europejskiej, właśnie się łamie pod naporem zbuntowanych „żółtych kamizelek"?

Nie wiadomo. Problem leży w tym, że Emmanuel Macron jest prezydentem Francuzów. A Francuzi mają własne podejście do spraw tego świata. Demokrację kochają, ale od czasu do czasu buntują się przeciw jej modelowi tworzonemu przez przemądrzałe elity. Integrację europejską chętnie akceptują, ale tylko do czasu, gdy polski hydraulik nie zwiększy presji konkurencyjnej na ich rynku. A z gospodarką rynkową są raczej na bakier – większość uważa, że uczciwość działania może na rynku zapewnić tylko silna ręka państwa, a liberalizm gospodarczy jest znienawidzonym wymysłem Anglosasów.

Co więc Francuzi mają do wyboru? Macron proponował, by mocniej zawierzyli rynkowi, nie bali się globalizacji, wzmocnili Unię i ograniczyli swój apetyt na protekcjonizm. Alternatywą przedstawianą przez jego politycznych rywali z prawej i lewej strony było oddalenie się od rynku, odbudowa murów, które ograniczałyby konkurencję z zagranicy i napływ imigrantów, a w skrajnej formie nawet propozycje wyjścia Francji z Unii. Wygrał Macron.

Obietnice wyborcze Macrona okazały się jednak bardzo trudne do spełnienia. Okazało się, że francuską gospodarkę niełatwo rozruszać, a obciążone ogromnymi kosztami państwa opiekuńczego finanse trudno na dobre ustabilizować. A już na pewno nie ma prostego, cudownego narzędzia, które by na to pozwoliło.

Więc wielu Francuzów zbuntowało się i dostrzegło trzecią drogę – ani rynek, ani państwo, ale demokracja anarchistyczna. Podatki? Nie godzić się na żadne podwyżki. Banki? Raczej podpalić, niż wspierać. Sklepy? Rabować, jeśli jest okazja. Auta tych, którym się lepiej powodzi? Niszczyć. Ulice? Zmienić w pole bitwy. Łuk Triumfalny, symbol dawnej wielkości Francji? Pokryć graffiti.

Co z tego wszystkiego będzie? Czy prezydent Macron znajdzie wyjście z sytuacji? Nie wiadomo. Ale pewne jest jedno: dziś na pewno Paryż płonie.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL