Taka obietnica padała właściwie w każdej kampanii wyborczej od 1989 r., więc ponad dwa lata temu nie mogło być inaczej. „Zwolnimy wszystkich członków rad nadzorczych i zarządów. Przeprowadzimy transparentne konkursy, w których decydować będą kompetencje, a nie znajomości rodzinne i partyjne” – brzmiał jeden ze „100 konkretów” Koalicji Obywatelskiej. I jak to bywało wcześniej, mało kto – o ile ktokolwiek w ogóle – wziął ten postulat na poważnie. Oczywiście jego drugą część, bo pierwsza została zrealizowana niemal natychmiast. Ba, w wielu wypadkach nowi, którzy przyszli wraz z nową władzą, zdążyli już zostać wymienieni.
Polityczny nepotyzm ma się dobrze
Spółki, w których jest choćby ułamek udziałów Skarbu Państwa lub samorządów, od lat traktowane są jak łupy, mające zapewnić dostatnie życie politykom – a także ich rodzinom i znajomym – rządzącej w danym momencie partii. Pogląd ten wyznawany był, jest i zapewne będzie jeszcze długo przez wszystkich, niezależnie od barw politycznych. Polityczny nepotyzm – korupcja? – został przy tym wywindowany na nowe szczyty nieprzyzwoitości w czasie ośmiu lat rządów Prawa i Sprawiedliwości. Szczyty liczone w milionach złotych dla „swoich”.
Ale i drugie rządy Donalda Tuska niewiele jak dotąd zmieniły. Już na jednym z pierwszych spotkań liderów koalicji, gdy decydowano o obsadzie stanowiska marszałka Sejmu, miało paść – jak nieoficjalnie słyszałem – „porozmawiajmy też o podziale wpływów w spółkach Skarbu Państwa”. Później pojawił się projekt ustawy o niezależnych członkach rad nadzorczych, ale utknął w sejmowej zamrażarce. Kodeks Dobrych Praktyk, który właśnie wchodzi w życie, był zapowiadany przez Ministerstwo Aktywów Państwowych już pod koniec listopada 2024 r. I choć formalnie jest zbiorem zasad, trudno oprzeć się wrażeniu, że to raczej próba obejścia politycznego klinczu niż jego rozwiązania. Skoro nie da się szybko zmienić prawa, zmieńmy standardy. Skoro nie da się odebrać wpływu politykom, zbudujmy gęstą sieć procedur, które ten wpływ ucywilizują. A przynajmniej spróbują.
Stosuj lub wyjaśnij, czyli kto się postawi ministrowi
Nowy Kodeks Dobrych Praktyk Nadzoru Właścicielskiego sprawia wrażenie dokumentu, który ma ambicję uporządkować wszystko: od relacji właściciel–spółka, przez walne zgromadzenia, po szczegółowe obowiązki rad nadzorczych i zarządów. Na poziomie intencji trudno mieć zastrzeżenia. Spółki z udziałem Skarbu Państwa zarządzają majątkiem publicznym, więc standardy przejrzystości i profesjonalizmu powinny być wyższe niż gdzie indziej. Problem w tym, że Kodeks przygotowany przez MAP to w istocie quasi-regulamin funkcjonowania tych spółek. Nie zbiór dobrych praktyk, lecz instrukcja, której niestosowanie będzie wymagało ciągłego tłumaczenia się. „Wyjaśnianie” zaś szybko może stać się formą domniemanej winy.
Najbardziej znacząca zmiana dotyczy przesunięcia środka ciężkości nadzoru. Kodeks wzmacnia rady nadzorcze, ale jednocześnie buduje bardzo silną pozycję administracyjnych komórek ds. nadzoru. To one mają analizować materiały, przygotowywać instrukcje głosowania, rekomendacje absolutoryjne i oceny kwartalne, nie ponosząc przy tym odpowiedzialności korporacyjnej ani rynkowej. Polityka nie znika więc ze spółek, zmienia jedynie poziom oddziaływania. Z bezpośrednich decyzji personalnych przenosi się do procedur, kryteriów i interpretacji „należytej realizacji strategii”.