fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Nie dla przerywania stosunku pracy

Adobe Stock
Ofiara wypadku leżąca na szpitalnym łóżku potrzebuje dwóch rzeczy. Przemyślanej terapii oraz spokoju. I tego samego potrzebuje dziś polska gospodarka.

Ostatnio pojawił się „lekarz" z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Krzyknął „coś tam widzę na rentgenie" i w ramach terapii zaproponował „zawieszanie stosunku pracy", które może jedynie wywołać konwulsje w gospodarce.

Złośliwe media szybko ochrzciły propozycję mianem „stosunku przerywanego". Żart równie udany, co sam pomysł. Czegoś takiego jak zawieszanie, przerywanie stosunku w prawie pracy nie ma. Czyli znów oficjalna wrzutka wywracająca dotychczasowy porządek. Mglisty pomysł bez konkretów. Bez wcześniejszych konsultacji w Radzie Dialogu Społecznego z przedstawicielami pracowników i pracodawców. A szkoda. Można bowiem byłoby w ich trakcie dowiedzieć się, że ani jednym, ani drugim pomysł się nie podoba. I nie doprowadzać do sytuacji, w której wszyscy wspólnie krzyczą co sił w płucach „nieeee!!!". A to rzadkie osiągnięcie.

W trakcie takiego zawieszenia (maksymalnie przez trzy miesiące) pracownik pobierałby tzw. dodatek solidarnościowy. W wysokości 1200 zł (najpewniej brutto). „Stosunek przerywany" nie zadowoli więc nikogo. Choćby dlatego, że jest gorszy od innych, znanych już sposobów. Mniej przyjemny np. niż objęcie pracownika przestojem ekonomicznym. Przestój to przerwa w pracy, ale nie stosunku... pracy. Wynagrodzenie pracownika nie może tu być niższe od minimalnego. A przy „stosunku przerywanym"? Proponowany dodatek trudno uznać za wystarczający. Zwłaszcza dla pracowników zarabiających zdecydowanie więcej. Nie jest też jasne, czy osoba, której stosunek pracy został zawieszony, mogłaby podjąć inne zatrudnienie.

Dla pracodawców to także złe rozwiązanie. Jeśli muszą zwalniać ludzi to i tak zwolnią. Walczą jednak o utrzymanie firmy i zatrudnienia. Wolą więc obniżać czas pracy lub pensje i nadal dawać ludziom zajęcie. Prowadzić działalność, ile się da. Czy nie lepiej te 1200 zł dodatku przeznaczyć na ochronę miejsc pracy, a nie na ich likwidację „w ratach"?

Nazwanie dodatku jako „solidarnościowy" też wzbudza wątpliwości. Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że u nas oznacza to zabieranie pieniędzy bardziej majętnym. Tak było z Funduszem Solidarnościowym, który zamiast pomocy niepełnosprawnym ostatecznie posłużył do opłacenia wyborczych obietnic.

Komu tym razem zabiorą? Pewnie przedsiębiorcom. Dojść może więc do absurdu. Pracodawcy potrzebują pieniędzy, by utrzymać miejsca pracy. Dodatek solidarnościowy im ich nie doda. Pracownicy trafią więc na bruk. Tyle że zaliczą po drodze kwartał pracowniczego „stosunku przerywanego" za 1200 zł miesięcznie.

Zapomnijmy o tym pomyśle. Trzymajmy go daleko od „oddziału intensywnej opieki gospodarczej". Gdyby choremu w szpitalu lekarze serwowali takie „atrakcje", to prawdopodobne, że delikwent wyskoczyłby przez okno. Razem z całą poprzypinaną do niego aparaturą. Polscy przedsiębiorcy są urodzonymi optymistami i zniosą wiele. Ale nawet oni po „stosunku przerywanym" w pracy będą mieli dość.

Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA