fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

O jedną rzeźnię za daleko

Adobe Stock
Minister rolnictwa powinien nagrodzić dziennikarzy, którzy ujawnili proceder uboju chorych krów. I zastanowić się, dlaczego nie wykryły tego podległe mu służby.

700 gramów – tyle wołowego z kością przysługiwało co miesiąc przez długie kryzysowe lata 80. na najpopularniejszy rodzaj kartek. Oj nie, nie był to surowiec na półfuntowe befsztyki w stylu amerykańskim. Mojej mamie z trudem udawało się przyrządzić z niego jakąkolwiek zjadliwą potrawę. Bo jakie może być mięso z wiekowych krów, których pozbyli się gospodarze, gdyż dawały już za mało mleka?

Przez trzy dekady od zniesienia kartek polska wołowina zdołała odzyskać smak i wysoką pozycję w menu. A pod względem ceny przeskoczyła drób i wieprzowinę. I to właśnie stało się zachętą do przekrętu, ujawnionego przez dziennikarzy „Superwizjera" TVN.

Obok słów oburzenia na handlarzy zarzynających chore krowy w ubojni pod Ostrowią Mazowiecką tu i ówdzie pojawiły się głosy, że dziennikarze osłabiają pozycję całej branży mięsnej, bo zagraniczni rywale tylko czyhają, by wyciąć polskie mięso z lukratywnych rynków. To bardzo zły sposób myślenia. Jest wręcz przeciwnie: autorów reportażu należałoby nagrodzić. Minister rolnictwa powinien w świetle jupiterów na najbliższych targach żywnościowych Polagra przypiąć im odznaczenia państwowe i uhonorować za ujawnienie luki w systemie ochrony żywności. Dziennikarze zrobili to, co słabo opłacane i zaniedbywane od lat podległe ministrowi służby weterynaryjne uczynić powinny już dawno.

W gruncie rzeczy nieważne, czy proceder dotyczy całego kraju czy tylko tej jednej ubojni. To i tak o jedną rzeźnię za daleko. Produkcja wołowiny jest zbyt ważnym biznesem dla całego polskiego sektora rolno-spożywczego, by przepuścić przez sito kontroli choćby jeden taki zakład.

Żądania wyjaśnień napłynęły już z Czech, Szwecji i Finlandii. Obawiam się eliminacji polskiej wołowiny z rynku, a w najlepszym przypadku konieczności ukrywania się pod obcymi markami, a więc ograniczenia marż. Tak właśnie jest z naszą żywnością np. w Czechach, która spotkała się z falą hejtu po aferze z polską solą bez atestów. Produkty made in Poland są obecne na półkach supermarketów za południową granicą, ale ich pochodzenie można odczytać tylko z kodu kreskowego.

Na światowych rynkach pod górkę ma już polska wieprzowina, niewpuszczana do wielu krajów z powodu epidemii afrykańskiego pomoru świń, która posuwa się od wschodu w głąb naszego kraju. I tu przyczyną słabych wyników walki z ASF są niedostateczne nakłady na weterynarię i tzw. bioasekurację.

Jeśli do tego dojdą – odpukać – problemy z eksportem wołowiny, nasze rolnictwo znajdzie się w poważnych tarapatach. Za granicę trafia aż 88 proc. tego mięsa, prawie pół miliona ton rocznie. To o jedną trzecią mniej niż wieprzowiny i o dwie trzecie mniej niż drobiu, ale eksport wołowiny miał spory potencjał wzrostu. Stąd wzięły się toczone w Polsce boje o dopuszczalność uboju rytualnego, który umożliwiłby wysyłkę mięsa halal do bogatych krajów muzułmańskich. Tyle że mięso z chorej krowy halal nie będzie. A i w Polsce nikt go kupić nie zechce, nawet gdyby było na kartki.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA