fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Tomasz Krzyżak o sejmowym konflikcie: Komiczny spór bez szans na finał

PAP, Tomasz Gzell
Rodzimi politycy zmienili się w błaznów, a swoich racji trzymają się jak uparte osły. Wszystko wskazuje na to, że nikt nie ustąpi – i że czeka nas nieciekawy rok.

Józef Piłsudski, na którego autorytet powołują się dziś nasi politycy od prawa do lewa, w roku 1920 przedstawił taką analizę: „Jednym z przekleństw naszego życia (...) jest to, żeśmy się podzielili na kilka rodzajów Polaków, że mówimy jednym polskim językiem, a inaczej nawet słowa polskie rozumiemy, żeśmy wychowali wśród siebie Polaków różnych gatunków, Polaków z trudnością się porozumiewających, Polaków tak przyzwyczajonych do życia według obcych szablonów, według obcych narzuconych sposobów życia i metod postępowania, żeśmy prawie za swoje je uznali, że wyrzec się ich z trudnością możemy".

Obserwując obecny kryzys na scenie politycznej i nieumiejętność podjęcia przez partyjnych liderów jakiegokolwiek dialogu, silną polaryzację mediów i całego społeczeństwa, można wyraźnie zobaczyć, że diagnoza Piłsudskiego nie straciła aktualności. Niby mówimy jednym językiem, a się nie rozumiemy. Wszystkim nam idzie o dobro wspólne Rzeczypospolitej, ale całkowicie odmiennie je pojmujemy. W klinczu politycznym każda ze stron uważa, że racja jest po jej stronie. „Racja jest jak dupa, każdy ma swoją" – pewnie tak podsumowałby to Marszałek.

Piłsudski nie przebierał w słowach. Sejm Ustawodawczy określił wprost „Sejmem ladacznic". Innym razem, mówiąc o sytuacji politycznej, stwierdził: „Rzeczpospolita to wielki burdel, konstytucja to prostytutka, a posłowie to k...y!". A 11 listopada 1918 r., po przyjeździe do Warszawy, do członków rządu Ignacego Daszyńskiego mówił: „Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić".

Dziś tego typu stwierdzenia uznano by pewnie za obraźliwe, a ich autor nie opuszczałby sądowej sali. Tyle tylko, że współczesnej Polsce brakuje człowieka na miarę Piłsudskiego. Kogoś, kto w mocnych słowach powiedziałby wreszcie politykom PiS, Platformy i Nowoczesnej, że już dawno przekroczyli granicę dobrego smaku i z polityków przemienili się w błaznów – choć słynnemu Stańczykowi do pięt nie dorastają.

Bo jak, jeśli nie błazenadą, określić przerzucanie się odpowiedzialnością za ten kryzys? Jak nazwać poselskie filmiki z przyśpiewkami, które wrzucają do sieci okupujący salę plenarną? Jakich słów użyć, by opisać tych, co liczą podniesione do góry poselskie ręce, żeby udowodnić, że w Sali Kolumnowej podczas głosowania budżetu nie było kworum? Jak skomentować grzebanie w rzeczach posłów pozostawionych w sali? A jak odnieść się do tych, którzy na sejmowych nagraniach szukają, a potem wiedzeni żądzą odwetu wrzucają do internetu zdjęcia wścibskich posłów?

Ciągłe podnoszenie temperatury sporu do niczego nie doprowadzi. Każda ze stron musi zrobić krok w tył. Nikt jednak nie chce być pierwszy, bo może to być uznane za porażkę. A tragifarsa trwa w najlepsze.

Powiadają, że jaki sylwester, taki cały rok. Jeśli w to wierzyć, to czeka nas nieciekawy czas.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA