W programie wieczoru znalazło się pięć arcydzieł polskiej kinematografii: „Eroica”, „Ewa chce spać”, „Pętla”, „Ostatni dzień lata” i „Pożegnania”. Poza tym pokazano m.in. dokument „Jubilat” o zmarłym niedawno Jerzym Kawalerowiczu.
Sporym zainteresowaniem, szczególnie młodych widzów, cieszyła się niedzielna projekcja „Ostatniego dnia lata” – autorskiego dzieła Tadeusza Konwickiego i Jana Laskowskiego. O tym jednym z najbardziej niezwykłych i jednocześnie najtańszych filmów szkoły polskiej opowiadał Jan Machulski, odtwórca jednej z głównych ról.
– Ten film zadziwia do dziś miłośników kina na całym świecie. Nie są w stanie zrozumieć, że deszcz wywołał jeden z reżyserów, machając konewką nad kamerą, a kiedy potrzebny był przejazd kamery, nie było szyn, tylko operator wciśnięty do drewnianej skrzyni po jabłkach był ciągnięty po piasku przez Konwickiego.
Machulski przyznał, że ten film nauczył go kina.
– To było szaleństwo i przygoda. Robiliśmy go właściwie za darmo, więc można było sobie pozwolić maksymalnie na jeden dubel. Pamiętam, jak musieliśmy przekupić żołnierzy, by odstąpili od codziennego obowiązku zaorywania plaży, bo to burzyło nam scenerię naszej opowieści.
Irena Laskowska, filmowa partnerka Machulskiego, mówiła wczoraj „Rz”: – Wszystko było realizowane w gronie przyjaciół i znajomych. Na początku rolę męską miał grać mój sąsiad Adam Hanuszkiewicz. Ale tę kandydaturę odrzucił Konwicki. Machulskiego zaakceptował bez zastrzeżeń.
Aktorka wspomina też, że realizacja filmu była trudna. – Wiele letnich scen kręciliśny, gdy było już bardzo zimno, i o mało nie dostaliśmy zapalenia płuc. Sceny, gdy spieszę Jankowi na ratunek, o mało nie przypłaciłam życiem, bo nie umiałam pływać – mówi.
Wyrzucono dość odważne ujęcie, gdy naga Laskowska wyłania się z morza, bo na opalonym ciele miała jasne plamy po kostiumie. – Moje poświęcenie diabli wzięli – mówi aktorka.
„Ostatni dzień lata” otrzymał w 1958 roku Grand Prix w Wenecji.