76-letnia Ewa Gruner -Żarnoch, prezes Stowarzyszenia Katyń, miała lecieć do Smoleńska razem z Lechem Kaczyńskim. Miejsce dostała ze względu na funkcję, ale i nie najlepszy stan zdrowia. W ostatniej chwili odstąpiła swoje miejsce.
– Dowiedziałam się, że brakuje go dla córek i synów pomordowanych w Katyniu – tłumaczy. – Mój ojciec leży w Charkowie, w Katyniu mam tylko wujka. Pomyślałam więc, że komuś innemu się to miejsce bardziej należy. Po katastrofie prezydenckiego samolotu dzwonili do mnie przyjaciele i krzyczeli: "To ty żyjesz?! Jak to dobrze" – opowiada pani Ewa.
– Kiedy dowiedziałam się o tragedii, to pomyślałam, że to jakby mój ojciec z charkowskiej mogiły przemówił, że to jeszcze nie mój czas - dodaje.
Ewa Gruner-Żarnoch myśli, że to symbol. Bo Katyń już raz usiłował ją zabić. Za pierwszym razem, gdy była tam podczas ekshumacji pomordowanych oficerów. Dostała ciężkiego zawału.
- Było ze mną krucho, ale wyszłam z tego – mówi. - Dziś myślę, iż to, że wciąż żyję, to nie przypadek. Że pomordowani w Katyniu wciąż jeszcze na coś czekają. Może na pomnik, którego wciąż nie mają?