Reklama

Bóg dał im drugie życie

Samolotem, który rozbił się w Rosji, mieli pierwotnie lecieć między innymi Grzegorz Schetyna i Jarosław Kaczyński

Publikacja: 12.04.2010 22:01

Bóg dał im drugie życie

Foto: ROL

76-letnia Ewa Gruner -Żarnoch, prezes Stowarzyszenia Katyń, miała lecieć do Smoleńska razem z Lechem Kaczyńskim. Miejsce dostała ze względu na funkcję, ale i nie najlepszy stan zdrowia. W ostatniej chwili odstąpiła swoje miejsce.

– Dowiedziałam się, że brakuje go dla córek i synów pomordowanych w Katyniu – tłumaczy. – Mój ojciec leży w Charkowie, w Katyniu mam tylko wujka. Pomyślałam więc, że komuś innemu się to miejsce bardziej należy. Po katastrofie prezydenckiego samolotu dzwonili do mnie przyjaciele i krzyczeli: "To ty żyjesz?! Jak to dobrze" – opowiada pani Ewa.

– Kiedy dowiedziałam się o tragedii, to pomyślałam, że to jakby mój ojciec z charkowskiej mogiły przemówił, że to jeszcze nie mój czas - dodaje.

Ewa Gruner-Żarnoch myśli, że to symbol. Bo Katyń już raz usiłował ją zabić. Za pierwszym razem, gdy była tam podczas ekshumacji pomordowanych oficerów. Dostała ciężkiego zawału.

- Było ze mną krucho, ale wyszłam z tego – mówi. - Dziś myślę, iż to, że wciąż żyję, to nie przypadek. Że pomordowani w Katyniu wciąż jeszcze na coś czekają. Może na pomnik, którego wciąż nie mają?

Reklama
Reklama

[srodtytul]Boski plan dla ocalałych[/srodtytul]

Jolanta Szczypińska, posłanka PiS, też miała lecieć. W ostatniej chwili oddała swoje miejsce komuś z Rodzin Katyńskich. – Ja nawet sobie pomyślałam, że powinnam była tam zginąć zamiast tych, którzy mogli żyć dla swoich mężów, żon, dzieci. Wierzę w Boga, więc skoro żyję, to pewnie z jakiegoś ważnego powodu. Jakiegoś boskiego planu.

W samolocie miał też być szef rzeszowskiego PiS Stanisław Ożóg. Zrezygnował z powodu kłopotów zdrowotnych.

Podkarpacki poseł PSL Leszek Deptuła cieszył się, że może polecieć razem z prezydentem i złożyć hołd ofiarom Katynia, także swoim bliskim. Pierwotnie to jednak nie on, ale szef klubu Stanisław Żelichowski miał lecieć tym samolotem.

– Leszek nigdy wcześniej o nic mnie nie prosił, więc ustąpiłem mu swoje miejsce, gdy poprosił – opowiada Stanisław Żelichowski. I zdaje sobie sprawę, że uniknął śmierci dwukrotnie. Deptule miejsce oddał, ale w końcu i tak miał lecieć.

– Ale wtedy przyszedł do mnie poseł Wiesław Woda i też poprosił o miejsce w samolocie – mówi Żelichowski.

Reklama
Reklama

Woda, żeby polecieć do Katynia, na własne ryzyko wypisał się ze szpitala. Żelichowski: – Pewnie stwórca czegoś ode mnie jeszcze chce.

[srodtytul]Trzeci dąb Grzegorza Dolniaka[/srodtytul]

Najwyraźniej czegoś chce także od innych, którzy mieli podróżować z prezydentem, ale zamiast nich poleciał ktoś inny. W ostatniej chwili z listy delegacji zniknął Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Zofia Kruszyńska-Gust z Kancelarii Prezydenta RP nie pojawiła się na odprawie przed odlotem, rezygnując z podróży z powodu choroby.

Na pokładzie samolotu miał też być Grzegorz Schetyna, szef Klubu Parlamentarnego PO, były wicepremier. Ale poleciał jego partyjny kolega Grzegorz Dolniak. – Premier prosił mnie, żebym leciał z nim, z delegacją rządową – tłumaczył dziennikarzom Schetyna. – Taki los.

- Nawet nie chcę o tym myśleć w ten sposób, to dla mnie zbyt straszne - Adam Lazar, starosta będziński i przyjaciel Grzegorza Dolniaka, posła PO z Będzina nie może spokojnie mówić. Płacze.

Dolniak unikał samolotów, bo latać bała się jego żona. Zawsze podróżowali samochodem.

Reklama
Reklama

[srodtytul]Lista zmieniała się do ostatniej chwili[/srodtytul]

Jeszcze do piątkowego wieczoru Przemysława Gosiewskiego (PiS) nie było na liście osób, które miały się znaleźć na pokładzie rządowego samolotu.

– Przemek bardzo chciał lecieć i liczył, że zwolni się miejsce – mówi nam poseł Tomasz Górski z PiS. Miejsce w samolocie dla byłego szefa Klubu PiS znalazło się dopiero w ostatniej chwili, gdy ze względu na stan zdrowia matki z wyjazdu zrezygnował Jarosław Kaczyński. O tym, że może lecieć, Gosiewski dowiedział się z SMS. – Bardzo się cieszył, tak bardzo chciał być na uroczystościach katyńskich – mówi jego współpracownik.

Według innych źródeł to poseł Zbigniew Wassermann zajął miejsce Jarosława Kaczyńskiego. – W środę powiedział nam, że jest wolne miejsce w prezydenckim samolocie i zastanawia się, czy nie polecieć – wspomina Krzysztof Łapiński, jego wieloletni asystent. – To ja namówiłem go na ten lot, przekonując, że to historyczne wydarzenie, że będzie miał co wspominać – Łapiński zawiesza głos.

Ostatnie słowa Zbigniewa Wassermanna, jakie zapamiętali jego asystenci, dotyczyły właśnie lotu do Katynia. - Żartowaliśmy między sobą, że samolot jest stary, mało bezpieczny – przypomina Łapiński. - Na to pan minister, z właściwym sobie spokojem, odparł: „Jak ma spaść, to spadnie”. Dziś trudno mi o tym spokojnie myśleć.

Reklama
Reklama

Kiedy Wassermann wychodził z Sejmu w piątek, jego asystentka poprosiła: – Proszę dzwonić, jakby coś się stało. Wassermann ze spokojem odparł: – Jakby coś się stało, to dam znać...

[srodtytul]Dreszcz strachu o prezesa Kaczyńskiego[/srodtytul]

Kiedy przez tłum ludzi oczekujących w Katyniu na przybycie delegacji przebiegła pierwsza informacja o katastrofie, wielu pomyślało o Jarosławie Kaczyńskim.

– Kiedy się okazało, że został w Warszawie, poczułam ulgę. Małą ulgę w tym wielkim nieszczęściu – mówi Jolanta Szczypińska. – Czy prezes myśli o tym, że mógł zginąć? Tego nie wiem. Ale jestem pewna, że gdyby mógł się zamienić z bratem, na pewno by to zrobił.

Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Wydarzenia
Totalizator Sportowy ma już 70 lat i nie zwalnia tempa
Polityka
Andrij Parubij: Nie wierzę w umowy z Władimirem Putinem
Materiał Promocyjny
Ubezpieczenie domu szyte na miarę – co warto do niego dodać?
Materiał Promocyjny
Jak producent okien dachowych wpisał się w polską gospodarkę
Materiał Promocyjny
Lojalność, która naprawdę się opłaca. Skorzystaj z Circle K extra
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama