Horrory, konfrontując widza z niebezpieczeństwem w postaci wampirów, wilkołaków lub zombi, stanowią symulację szkoły przetrwania. Oswajają nas z tym, czego się podświadomie obawiamy. W ten sposób kształtujemy w sobie reakcje obronne, niezwykle przydatne w sytuacjach kryzysowych.

Dlaczego lubimy się bać? Strach może być stymulującym bodźcem. Pozwala się zrelaksować, o ile zagrożenie nie dotyczy nas, naszych bliskich lub naszego portfela. W tym przypadku wiąże się z trudnym do opanowania stresem.

Gdy oglądamy film grozy, zwykle w napięciu śledzimy akcję, ale mamy przecież świadomość, że przerażające wydarzenia rozgrywające się na ekranie są jedynie fikcją. Dzięki temu możemy się rozluźnić, nawet jeśli chwilę wcześniej zesztywnieliśmy ze strachu w kinowym fotelu lub na kanapie przed telewizorem.

Strach świetnie się sprzedaje. Trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie współczesnych mediów, które zrezygnowałyby z sensacyjnych, budzących grozę informacji. Kiedyś w Stanach Zjednoczonych pewien milioner postanowił przeciwstawić się tendencji epatowania strachem i sfinansował gazetę zawierającą same dobre wiadomości. Efekt? Błyskawicznie splajtował.

Życie bez strachu wcale nie byłoby lepsze. Przede wszystkim narażałoby zdrowie psychiczne człowieka na szwank. Gdybyśmy nie odczuwali lęku, stracilibyśmy instynkt samozachowawczy, a także poczucie odpowiedzialności.

Dlatego właśnie horrory są przydatne. Kształtują społecznie pożądane postawy. Uczą, że naruszenie ładu może mieć niebezpieczne konsekwencje.

Jednak nie jestem miłośnikiem tego gatunku. W mojej praktyce zawodowej zmagam się z wieloma odmianami lęków i neuroz, pomagając ludziom, którzy znaleźli się na życiowym zakręcie. Rozwiązuję realne problemy. To jest moja szkoła strachu. Dlatego eskapistyczne filmy grozy nie są mi do niczego potrzebne.

[i]Psycholog profesor Janusz Czapiński[/i]