Ciągle narzeka na nadmiar zajęć, choć przyznaje, że jest ich mniej niż trzy lata temu. -  Kiedy zgodziłem się zostać dyrektorem baletu Opery Narodowej, nie miałem pojęcia, że tyle czasu będę musiał poświęcić na obowiązki administracyjne -  mówi Krzysztof Pastor.



Gdy w 2009 roku, po ponad ćwierć wieku nieobecności w Polsce, zdecydował się wrócić, jego nazwisko było u nas znane garstce baletowych fanów. W Europie miał mocną pozycję jako choreograf jednego z najlepszych zespołów -  Het National Ballet w Amsterdamie, pracował też w wielu innych krajach.

Zobacz galerię zdjęć



Po trzech latach Krzysztof Pastor jest ulubieńcem mediów i publiczności, nominowanym do licznych nagród - od prestiżowych (Koryfeusz Muzyki Polskiej) do tych z kręgu kultury masowej (warszawskie Wdechy). Stworzył modę na balet, na jego przedstawienia się chodzi, więc o bilety trudno. „Dobry choreograf to rzadki ptak. Jeszcze rzadziej można spotkać takiego, który ma odwagę i wizję, aby tworzyć dzieła zakrojone na wielką skalę zapełniające widzami teatry operowe" - napisała brytyjska dziennikarka Maggie Foyer o jednej z warszawskich jego premier.


Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ


Zespół Opery Narodowej przemieniony przez Pastora w Polski Balet Narodowy funkcjonuje według zasad obowiązujących w kompaniach tanecznych na Zachodzie, których członkowie podejmują się wielu zadań, a nie tylko przychodzą na lekcje i próby. Sprowadza do Warszawy wybitnych choreografów i pedagogów, a tancerzy dobiera z różnych krajów. Nie zapomina jednak o stworzeniu warunków rozwoju dla tych, których ma na miejscu.



Kiedy pytam, czy osiągnął to, co zamierzał, odpowiada: - Nie, ale oglądając nasze spektakle w tym sezonie, kilka razy zdarzyło się, że miałem poczucie dumy.

Zimą w Het Nationale Ballet odbyła się premiera jego nowego baletu, tym razem z muzyką Witolda Lutosławskiego. A kilka miesięcy temu został też szefem artystycznym baletu Litewskiego Narodowego Teatru Opery i Baletu w Wilnie.

-  To raczej stanowisko doradcy, a nie dyrektora - mówi. -  Zespół jest bardzo dobrze administrowany. Poszukiwano kogoś, kto ożywiłby go artystycznie. W Wilnie są utalentowani tancerze, ale dotąd panowała tam atmosfera niezachęcająca do wysiłku. Podobnie jak kilka lat temu w Warszawie.

Jest kilka innych powodów, dla których przyjął propozycję z Litwy. - Kiedy jeżdżę do Amsterdamu, widzę, jak wciąż wiele mamy do zrobienia w Warszawie - mówi. -  Gdy zacząłem pracować w Wilnie, lepiej dostrzegam, co już udało mi się osiągnąć w Polsce.

Grupa litewskich solistów zakończyła niedawno pobyt w Warszawie. Od polskich kolegów uczyli się ról w „Tristanie". Tym baletem Krzysztof Pastor chce zainaugurować przyszły sezon w Wilnie.

- Obserwując ich w sali prób, miałem wrażenie, że robimy coś ważnego, a nie tylko kolejną premierę - przyznaje. -  Stosunki polityczne między oboma krajami są wręcz konfliktowe, a my ćwiczymy zgodnie, dogadując się w tym, co dla nas najistotniejsze i na co, mam nadzieję, czeka publiczność.

Wspólnych pomysłów ma więcej. - Zarekomendowałem dyrekcji teatru w Wilnie Roberta Bondarę, to bardzo utalentowany choreograf -  zdradza. -  Spodobał się i będzie robił pełnospektaklowy balet o wielkim litewskim kompozytorze i malarzu Mikalojusie Konstaninasie Čiurlonisie, w pewnym momencie życia związanym z Warszawą.

Premierę zaplanowano na 2013 rok.

Chciałby zawieźć na Litwę swój warszawski spektakl "I przejdą deszcze...". To jego osobista choreografia, reakcja na powrót do Polski i Warszawy, której właściwie wcześniej nie znał, bo urodził się i uczył w Gdańsku. - Dopiero teraz zaczynam rozumieć to miasto i widzę w nim więcej blizn i dowodów cierpienia niż w jakiejkolwiek innej europejskiej metropolii - mówił przed premierą rok temu.

Szuka dogodnych terminów na przyjazd litewskiego zespołu do Warszawy. Liczy, że pokaże balet o Barbarze Radziwiłłównie, który ma w repertuarze, oraz oczywiście przedstawienie Roberta Bondary.

Znając Krzysztofa Pastora, zapewne się to uda. Zawsze potrafił konsekwentnie realizować zamierzenia. Kiedy w połowie lat 80. zamarzył sobie, by zostać tancerzem Het Nationale Ballet, po prostu pojechał do Amsterdamu bez zapowiedzi. - Zjawiłem się w sobotę, spotkałem jedynie mężczyznę o niebieskich, świdrujących oczach - wspomina. - To był legendarny Rudi van Dantzig, jakiego zapamiętałem z wizyty Het Nationale Ballet w Łodzi. Kiedy dowiedział się, że jestem z Polski, z Gdańska, zaczął się śmiać, mówiąc: "I am van Dantzig", i kazał przyjść jutro na lekcję do szkoły. Następnego dnia podpisałem kontrakt.