Każdego roku w Japonii je się na początku stycznia ryżowe ciasteczka o nazwie mochi. Nie jest to ryż prażony, nie są to żadne chrupkie krakersy, ale ciastka-ciągutki. Ryż do nich musi być wielokrotnie ubijany specjalnymi młotkami w specjalnej kadzi przez specjalnie szkolonych... specjalistów. Tradycja nakazuje, żeby nowy rok rozpocząć właśnie z takimi specjałem. Wtedy będzie zapewniona pomyślność.
Starsze osoby na celowniku
Jednak tradycja w tym przypadku okazuje się dla niektórych zabójcza. Mochi sprawiają kłopot osobom starszym, które się nimi dosłownie zaklejają. Społeczeństwo japońskie się starzeje, dlatego z każdym rokiem statystyki stają się coraz bardziej złowieszcze. W ciągu niecałych 2 dni 2015 roku ryżową pomyślnością zadławiły się już cztery osoby, a dziesięć wymagało hospitalizacji. Na nic zdają się rady, by mochi ciąć na mniejsze kawałki, żeby nie jeść go samemu, ale by je popijać i przegryzać czymkolwiek innym. Niestety i tym razem ciasteczka nie przyniosły szczęścia jednemu siedemdziesięciolatkowi i trojgu Japończyków po osiemdziesiątce. Od lat ponad 80 proc. ofiar mochi ma ponad 65 lat.
Mochi je się jako pojedyncze ciastka, można z nich układać noworoczne konstrukcje w kształcie bałwanków. Stają się wtedy domowymi ołtarzykami, kagami mochi, ciasteczka ofiarowuje się bóstwom shinto w trosce o pomyślność. Można także włożyć mochi do zupy miso z rozmaitymi dodatkami, wtedy potrawa nazywa się zoni. Każdego roku statystyczny Japończyk zjada takich ciastek blisko kilogram. Niestety przekłada się to na wzrost zgłoszeń do służb ratunkowych. Na wezwania odpowiada nie tylko pogotowie ratunkowe, ale także strażacy. To właśnie oni zaproponowali nowy sposób udzielania pierwszej pomocy w przypadkach zadławienia – zalecają skorzystać z odkurzacza i próbować nim wyciągnąć zaklinowany fragment mochi.
Pewna firma z Osaki, Fukunao Medical Foods, zaproponowała rok temu bezpieczny wariant mochi. Taki, którym nie da się zadławić. Podczas produkcji do ciastek dodaje się enzym, który uniemożliwia ich klejenie się. Prace nad taką wersją noworocznego przysmaku wciąż trwają. Między 2006 i 2009 rokiem od mochi w samym Tokio zmarło 18 osób, natomiast w 2011 ciasteczka przyczyniły się do śmierci co najmniej 8 osób, w większości po siedemdziesiątce.
Nie tylko mochi
Okazuje się, że mochi nie był jedynym w historii japońskich noworocznych celebracji cichym zabójcą. Przez lata na śmierć dławiły także owocowe galaretki z tzw. konnyaku, rośliny, która w Azji jest jednym z głównych źródeł żelatyny. Konnyaku nazywa się także Językiem Diabła, Lilią Voodoo, Wężową Palmą, można także korzystać z polskiej wersji tej rośliny, konjac. To coś praktycznie bez smaku, mocno galaretowate służy do wyrobu rozmaitych żelek i słodyczy. W 2008 roku konjac wskazywano jako powód 22 zadławień w ciągu 13 lat. Po miesiącach zastanawiania się nad problemem specjaliści w Japonii nakazali zmianę kształtu galaretek, by uratować następne potencjalne ofiary. W międzyczasie mochi zbierały ponad pięćdziesięciokrotnie większe żniwo zgonów i nie podlegały żadnym nowych regulacjom. Jedyna polegała na tym, że pewna firma zajmująca się sprzętem medycznym zaczęła niedawno oferować specjalistyczną końcówkę do odkurzaczy, którą najlepiej i – według producenta – całkowicie bezboleśnie można było wyciągnąć glutek z gardła.