Anna Słojewska z Brukseli
Na Facebooku w środę po południu pojawił się apel członków polskiej rodziny o pomoc w odnalezieniu ich mamy Janiny Panasewicz.
61-letnia Polka miała we wtorek rano podróżować feralnym pociągiem, w którym wysadził się zamachowiec samobójca. Od tego momentu nie ma z nią kontaktu, nie ma jej też wśród zidentyfikowanych zabitych i rannych.
Informację opublikowała organizacja polonijna Stowarzyszenie SOS Bruksela, rodzina zaginionej Polki jest w kontakcie z konsulatem. Krewni i znajomi innych zaginionych również publikują ich zdjęcia i prośby o pomoc w odnalezieniu. Brak wiadomości na tym etapie nie jest niczym dziwnym, w szpitalach w Brukseli i poza nią ciągle trwa identyfikowanie zabitych i rannych.
Oficjalny bilans to 31 ofiar śmiertelnych (11 na lotnisku i 20 na stacji metra Maalbeek) oraz 260 rannych. Media podają pierwsze nazwiska ofiar.
Na razie wiadomo o mieszkającej w Belgii Peruwiance oraz dwóch Belgach: studencie Uniwersytetu Saint-Louis i pracowniku regionalnej administracji.
Peruwianka zginęła na lotnisku: jej mąż i dwójka dzieci na chwilę odeszli, ona została w miejscu, w którym wybuchł śmiertelny ładunek. Dwóch Belgów zostało zabitych w metrze. Komisja Europejska, koło której siedziby znajduje się zaatakowana stacja metra, wie na razie, że zostało rannych trzech jej pracowników.
Potwierdzone informacje mówią też o trzech Polakach, którzy zostali ranni na lotnisku.
Największa bomba nie wybuchła
Brukselska policja ciągle poszukuje osób związanych z atakiem. W środę odbywały się rewizje i zatrzymania, ale na razie nie wiadomo, czy sprawców znaleziono. Trzech z nich na pewno zginęło, odpalając bomby.
W metrze był Khalid el-Bakraoui, na lotnisku jego brat Brahim i ktoś jeszcze, kto znalazł się na zdjęciu zrobionym przez kamerę przemysłową i opublikowanym przez policję. Początkowo podejrzewano, że jest to Najim Laachraoui, zamieszany w atak w Paryżu, ale ta informacja nie jest pewna.
Bracia byli znani wcześniej policji, ale z pospolitej przestępczości. Trzecia osoba też miała w swojej torbie bombę, i to najpotężniejszą. Gdyby doszło do jej detonacji, hala odlotów zostałaby praktycznie zmieciona. Na szczęście z nieznanych przyczyn eksplozja nie nastąpiła.
Ofiar mogło być też znacznie więcej, gdyby nie słaba jakość usług w Belgii.
Każdy mieszkający w stolicy tego kraju może opowiadać własne historie pełne zabawnych szczegółów i z pewnością poczesne miejsce w tych opowieściach zajmą dwie stołeczne firmy taksówkarskie.
Nie dość, że drogie, to jeszcze zatrudniające aroganckich szoferów. I czasem odmawiające kursów, bo np. taksówkarze właśnie mają przerwę na kolację. Gdy we wtorek rano firma dostała wiadomość, że ma przysłać samochód na ulicę Max Roos w dzielnicy Schaerbeek – tej samej, w której urodził się legendarny pieśniarz Jacques Brel – na szczęście dla zamawiających szoferzy nie jedli akurat śniadania.
Ale w centrali nie zrozumiano, że pasażerowie chcą pojechać na lotnisko vanem. I przysłano im zwykłego sedana. Trzej zamachowcy musieli więc zostawić w mieszkaniu na piątym piętrze budynku znaczną część bagaży i pojechali tylko z trzema torbami. Gdy policja po zgłoszeniu się taksówkarza pojechała sprawdzić to miejsce, znalazła: 15 kilogramów materiałów wybuchowych, 150 litrów acetonu, 30 litrów wody utlenionej, detonatory. Jeśli zostałyby użyte na lotnisku w podbrukselskiej gminie Zaventem, bilans ofiar byłby znacznie bardziej tragiczny.
Zbyt cenią prywatność
Gdy poznaje się kolejne szczegóły śledztwa, poraża łatwość, z jaką podejrzani szykowali zamach, i fakt, że nikt z sąsiadów nie zauważył niczego podejrzanego. O ile dzielnicę Molenbeek, nazwaną kolebką dżihadyzmu, zamieszkuje w dużej części biedna i zamknięta społeczność marokańskich imigrantów, o tyle już Forest, gdzie tydzień temu natrafiono na ślady Salaha Abdeslama, i Schaerbeek są dużo bardziej zróżnicowane.
Schaerbeek ma też znaczne kwartały imigranckie, ale zachował jeszcze resztki dawnej świetności, gdy pod koniec XIX wieku był magnesem przyciągającym burżuazję pragnącą mieszkać w imponujących kamienicach budowanych wzdłuż szerokich eleganckich alei. To tam narodziła się brukselska Art Nouveau, czyli secesja, której najbardziej znanym przedstawicielem był Victor Horta.
Z kolei Forest to zróżnicowana etnicznie, w przeszłości robotnicza, teraz bardziej drobnomieszczańska, dzielnica. I w jednym, i w drugim miejscu zamachowcy nie mogli liczyć na solidarność i milczenie mieszkańców, skorzystali więc pewnie z charakterystycznego dla Belgów ogromnego szacunku dla prywatności.
W towarzystwie raźniej
Po wtorkowym zamachu władze wprowadziły czwarty, najwyższy, stopień zagrożenia terrorystycznego, ten sam, który obowiązywał kilka dni po zamachach w Paryżu w listopadzie 2015 roku, gdy policja szukała terrorystów w Belgii. Tym razem jednak i władze, i ludzie zachowują się zupełnie inaczej.
Nie zdecydowano się na zamknięcie szkół (prawie dwie trzecie uczniów przyszło na lekcje), urzędów czy centrów handlowych, transport publiczny działa, choć z pewnymi ograniczeniami (metro tylko do godziny 19, a przed dworcami stoją wielkie kolejki do szczegółowej kontroli).
Na ulicach jest znacznie więcej osób niż w listopadzie, kawiarnie pełne są ludzi z laptopami wyglądających na pracowników firm, które zezwoliły na telepracę. Widać raźniej im w towarzystwie innych w barze niż u siebie w domu.
W mieście jest zdecydowanie więcej policji i uzbrojonego wojska niż kilka dni wcześniej przy trzecim poziomie zagrożenia. Sporadycznie odbywają się kontrole. Na przykład przy wejściu do lokalnego supermarketu pracownik poprosił o otwarcie plecaka. Takie miał wytyczne od kierownika sklepu.