Na miejsce najważniejszego w kampanii przed czerwcowym referendum przemówienia David Cameron wybrał Muzeum Brytyjskie, jedno z najważniejszych na świecie muzeów historii starożytnej. Aby uczynić to wydarzenie jeszcze bardziej historycznym, a mniej partyjnym, lider torysów zdecydował się zaprosić do drugiego wystąpienia byłego przywódcę Partii Pracy Davida Milibanda.
Obaj politycy zachęcali Brytyjczyków do głosowania „tak" w zapowiedzianym na 23 czerwca referendum. Premier przypomniał, że II wojna światowa zakończyła się zaledwie 71 lat temu, i za nadzwyczajne uznał wspólne podejmowanie decyzji w gronie przywódców 28 państw. Według niego jednak nic nie jest dane raz na zawsze.
– Czy możemy być pewni ponad wszelką wątpliwość pokoju i stabilności w Europie? Czy warto podejmować ryzyko? Nie byłbym tak nierozważny – mówił Cameron. Przypomniał też swoje dawne argumenty gospodarcze, że Wielka Brytania w UE może korzystać z dostępu do jednolitego rynku.
Lider torysów zdecydował się na szokowanie wojennymi porównaniami, bo sondaże pokazują praktycznie równowagę między zwolennikami i przeciwnikami członkostwa Wielkiej Brytanii w UE. Potrzebny jest więc przełom i Cameron uznał widocznie, że argumenty gospodarcze to zbyt mało, żeby poruszyć serca rodaków. Przypomnienie wojny to nie przypadek, bo jednocześnie w kampanii zwolenników pozostania w UE ukazał się spot z poruszającymi wypowiedziami czterech weteranów II wojny światowej, którzy mówią, że walczyli o Europę i że trzeba pozostać w UE, by nie powtórzyła się tamta tragedia. Taka strategia może się jednak okazać bardzo ryzykowna.
Inni weterani – wojen o Falklandy czy w Afganistanie – oskarżają premiera o cynizm i wykorzystywanie dobrej woli bohaterów sprzed ponad 70 lat, którzy nie do końca rozumieją zawiłości współczesnego świata. Publicyści przypominają Cameronowi, że to on sam wymyślił referendum, żeby raz na zawsze uciszyć eurosceptyków wewnątrz własnej partii i wzmocnić swoje przywództwo. Jeśli zatem negatywny wynik zwiększałby ryzyko wojny w Europie, to Cameron musiałby za to wziąć odpowiedzialność. Premiera skrytykował też Boris Johnson, były już burmistrz Londynu, orędownik Brexitu. – Nie sądzę, żeby premier naprawdę wierzył w wojnę jako skutek wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Przecież on sam jeszcze kilka miesięcy temu gotów był namawiać Brytyjczyków do głosowania „nie", gdyby nie udało mu się wynegocjować znaczącej reformy UE – powiedział Johnson.