Najpopularniejszą jest grupa „Busły liaciać" (Bociany lecą), która ma ponad 12,5 tys. obserwujących. W poniedziałek opublikowała nagrania zrzucanych w nocy z drona worków z płynem zapalającym na budynki koszar OMON-u (jednostki specjalnej MSW) w Mińsku. Worki, jeżeli wierzyć nagraniom, spadły na zaparkowane samochody. Tuż obok są bloki, w których mieszkają rodziny funkcjonariuszy.

Białoruskie władze i media propagandowe nie komentują tych informacji. Nie komentowały też wcześniejszych doniesień tej radykalnej grupy, która twierdzi, że jej ludzie przecinają przewody hamulcowe samochodów milicji, a nawet dokonują dywersji na torach kolejowych. „Bociany" publikują też adresy i telefony komórkowe białoruskich milicjantów, funkcjonariuszy służb, sędziów, prokuratorów, a nawet najbliższych współpracowników Łukaszenki. Znajdziemy u nich też instrukcje przygotowania koktajli Mołotowa oraz szczegółowe mapy miast z naniesionymi na nich np.: posterunkami milicji, siedzibami KGB, prokuratury czy sądów. Nie brakuje też nagrań, na których zamaskowane osoby w ubraniach militarnych tłumaczą, jak siłą walczyć z reżimem Łukaszenki.

– Jeżeli prawo nie działa, naród białoruski ma prawo do czynienia samosądu. Naród zna i pamięta wszystkich bandytów i sługusów dyktatora. Nikt nie uniknie zemsty – czytamy na stronie grupy białoruskich „Bocianów" w Telegramie. Rekrutację chętnych do zbrojnej walki Białorusinów prowadzą za pośrednictwem anonimowego czatu i poczty elektronicznej, założonej na jednym ze szwajcarskich serwerów. Tzw. partyzanci nie podają żadnych swoich danych osobowych, nie przyznaje się do nich nikt z przedstawicieli demokratycznej opozycji.

Czytaj więcej

Swiatłana Cichanouska: Chcemy okrągłego stołu, nie wojny

– Takie działania szkodzą ruchowi demokratycznemu Białorusi. W taki sposób nie zmieni się władzy w kraju, ale można zdyskredytować ludzi, którzy walczą z dyktaturą. Poza tym radykalizacja pokojowego dotąd protestu może wystraszyć nawet prodemokratyczną część białoruskiego społeczeństwa. Nikt nie chce wojny domowej – mówi „Rzeczpospolitej" Waler Karbalewicz, znany miński politolog.

Tymczasem białoruski analityk Paweł Usow nie wyklucza, że część przeciwników reżimu się radykalizuje. – Jeżeli państwo sięga po terror wobec własnych obywateli, to prędzej czy później ktoś sięgnie po terror przeciwko takiemu państwu. Każdy wybiera taką formę oporu, jaką preferuje – mówi „Rzeczpospolitej" Usow. – Z drugiej zaś strony wojna partyzancka jest skuteczna, gdy o niej głośno się nie mówi. A jeżeli nagłaśniają w sieci, narażają tym samym na niebezpieczeństwo ludzi. Nie można wykluczyć prowokacji białoruskich służb, by wytropić najbardziej aktywnych i odważnych przeciwników reżimu Łukaszenki. Bo dotychczas białoruskie KGB bardzo skutecznie wyłapywała wszelkie radykalne grupy – dodaje.

Nieznani nikomu „partyzanci" uaktywnili się w czasie, gdy trwa poważny kryzys na granicy Białorusi z Polską i Litwą oraz wzrasta napięcie na granicy białorusko-ukraińskiej. – Niewykluczone, że to może być prowokacja również rosyjskich służb, by mieć kolejny pretekst do obecności wojskowej na Białorusi – mówi „Rzeczpospolitej" Aleś Zarembiuk, znany białoruski opozycjonista i szef Białoruskiego Domu w Warszawie. – Jesteśmy za przemianami na Białorusi, ale wyłącznie pokojowymi – twierdzi.