Brytyjski system parlamentarny od lat 20. XX wieku jest dwubiegunowy. Na poważnie liczyły się w nim dotychczas dwa ugrupowania: rządząca obecnie Partia Pracy i Partia Konserwatywna, i to one od 90 lat zmieniają się w rządzeniu krajem. Dlatego fakt, że na krótko przed wyborami Liberalni Demokraci wyprzedzili w sondażach i laburzystów, i torysów, wywołał na Wyspach polityczne trzęsienie ziemi.
Według najnowszego sondażu przeprowadzonego przez dziennik „Daily Mail” na Liberalnych Demokratów chce głosować 32 procent Brytyjczyków. Na Partię Konserwatywną 31, a na Partię Pracy 28 procent. Jeszcze bardziej zaskakujące są wyniki sondażu popularności liderów trzech ugrupowań, a co za tym idzie kandydatów na stanowisko premiera.
Niemal z dnia na dzień popularność lidera liberałów Nicka Clegga poszybowała do poziomu 72 proc. Notowania konserwatysty Davida Camerona to znacznie skromniejsze 19 proc. Większość ankietowanych ma zdecydowanie negatywne zdanie o obecnym szefie rządu, laburzyście Gordonie Brownie (uzyskał wynik minus 18 proc.). To sprawia, że Clegg – o którego istnieniu do niedawna wielu Brytyjczyków nie miało pojęcia – jest najpopularniejszym politykiem na Wyspach od czasu Winstona Churchilla, o którym po zakończeniu II wojny światowej pochlebną opinię miało ponad 80 proc. rodaków.
[srodtytul]Siła telewizji[/srodtytul]
Jak to możliwe, że w najstarszym z obecnie istniejących na świecie systemie parlamentarnym doszło do takiej rewolucji? Wszystko przez telewizję. W czwartek odbyła się bowiem pierwsza w historii debata telewizyjna z udziałem kandydatów na premiera, do której – aby „uatrakcyjnić show” – dopuszczono Clegga.