Ale nie przestaną popierać reżimu w Syrii czy radykalnych ugrupowań takich jak libański Hezbollah.

Do pierwszej tury wyborów prezydenckich staje w piątek ostatecznie sześciu kandydatów, dwóch, których dopuściła do walki specyficzna dla tutejszego systemu Rada Strażników, w ostatnim tygodniu zrezygnowała.

I najwyżej o jednym, Hasanie Rohanim, można powiedzieć, że reprezentuje obóz, który dobrze się na Zachodzie kojarzy – a zwany reformatorskim, czasem liberalnym i związany z zieloną (od barw wyborczych) opozycją, która po poprzednich, sfałszowanych, wyborach wyprowadziła na ulice setki tysięcy Irańczyków. Protesty zostały zdławione, wielu przywódców opozycji trafiło do więzienia i aresztów domowych, a niezależnym mediom przykręcono śrubę.

Reszta to kandydaci konserwatywni lub ultrakonserwatywni, po których nie można się spodziewać odstępstw od linii narzucanej przez ajatollahów.

Zresztą i prezydent o skłonnościach reformatorskich nie jest najważniejszą osobą w tym teokratycznym państwie. Jest nim najwyższy przywódca ajatollah Ali Chamenei. A on ma służyć systemowi powołanemu po rewolucji islamskiej.

Nie znaczy to, że wybory prezydenckie, wzbudzające zresztą duże emocje wśród Irańczyków, są zupełnie bez znaczenia. - Najwyższy przywódca podejmuje decyzje, ale wsłuchuje się w propozycje rządu i prezydenta. Prezydent może mu przedstawić wniosek, że jakieś zmiany są potrzebne, a ajatollah Chamenei może się z tym zgodzić. Pod warunkiem, że jest to w interesie systemu – mówi „Rz" Sir Richard Dalton, ekspert Królewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (Chatham House) i były ambasador Wielkiej Brytanii w Teheranie.

Obłożony sankcjami Iran jest w bardzo ciężkiej sytuacji ekonomicznej, boryka się z wysoką inflacją. Dlatego w interesie systemu może być złagodzenie ostrej antyzachodniej retoryki, dzięki której kończący drugą kadencję Mahmud Ahmadineżad stał się gwiazdą przeciwników Ameryki.

Bardzo trudno jest wskazać zwycięzcę. I walka najprawdopodobniej nie rozstrzygnie się w pierwszej turze, ale w drugiej, którą zaplanowano na 21 czerwca. Na polu boju oprócz uważanego za reformatora Rohaniego pozostało pięciu konserwatystów.

Co najmniej trzej znani i z szansami na zwycięstwo.

Przede wszystkim Said Dżalili, szef Najwyższej Narodowej Rady Bezpieczeństwa, w świecie znany jako negocjator ds. programu nuklearnego. Polityk młody jak na to stanowisko (47-letni) i przez najradyklaniejszą część opozycji uważany za najgorszego z kandydatów na prezydenta, bo faworyzowanego przez aparat represji i poprzez brak własnego zaplecza politycznego zupełnie bezbronnego wobec najwyższego przywódcy.

O głosy konserwatystów, w tym biedoty miejskiej walczy też Mohammad Baker Kalibaf, burmistrz Teheranu (to stanowisko było trampoliną dla Ahmadineżada). Nie bez szans jest też Ali-Akbar Welajati, były szef dyplomacji.

więcej w piątkowej "Rz"