We wtorek rano rozbito kilkutysięczną manifestację, która – zniecierpliwiona trwającym od piątku siedzącym protestem – ruszyła w kierunku pałacu prezydenta Serża Sarkisjana, domagając się odwołania podwyżek cen energii elektrycznej. W niespodziewanie brutalnej akcji policji rannych zostało kilkadziesiąt osób (od 15 do 36), a kilkaset aresztowano (220–240).
Liczba ofiar i aresztowanych nie jest znana, ponieważ organizacje obrony praw człowieka nie są w stanie odnaleźć wszystkich. Nie wiadomo, gdzie wywieziono część zatrzymanych. Teraz jednak ocalali uczestnicy manifestacji zapowiadają, że wrócą i dalej będą protestować.
– Akcja była przygotowana przez kilka małych organizacji społecznych – powiedział „Rz" jej uczestnik Dawid Melikjan. Armeńska opozycja nie uczestniczyła w niej, jedynie we wtorek potępiła akcję policji. Wcześniej stołeczna policja podobno odmówiła zaatakowania demonstracji – do jej rozpędzenia ściągnięto oddziały specjalne, zwane tak jak w Rosji OMON.
Niezadowolenie wywołała zapowiedź podwyżki cen energii elektrycznej o około 1/5. Wejdzie ona w życie w sierpniu, jednak poinformowano o tym 17 czerwca. Tego samego dnia zaczął się protest.
– Poza Erewanem na pewno były protesty w drugim co do wielkości mieście kraju Giumri – poinformowała „Rz" Alina Babała, szefowa ukraińskiej fundacji, utrzymującej kontakty z Armenią. Także w Giumri policja rozpędziła protestujących.
Wcześniej manifestanci z Giumri chcieli pojechać do Erewanu, ale drogi były zablokowane przez policję.
– Obie akcje odbywały się pod hasłami socjalno-ekonomicznymi, ale już we wtorek zaczęto wznosić okrzyki przeciw korupcji. Potem w Giumri pojawiło się hasło „My, Ormianie, jesteśmy gospodarzami swego kraju" – mówi Melikjan.
Ogólnokrajowa firma podwyższająca ceny energii Energosietii Armenia należy do rosyjskiego koncernu RAO JES. Miesiąc wcześniej armeński minister energetyki Jewrand Zacharjan powiedział, że „utrata Energosietii [kontroli nad nią przez państwo] pozwala podejrzewać korupcję".
Demonstranci podchwycili hasło o korupcji. – W Giumri zaczęto też manifestować przeciw „ingerencji cudzoziemców w nasze sprawy" – mówi Babała.
Według obserwatorów manifestacja była o krok od przerodzenia się w antyrosyjską. W mieście silne są takie nastroje po styczniowym mordzie dokonanym przez żołnierza z rosyjskiej bazy wojskowej. Walerij Permiakow zamordował siedmioosobową rodzinę, Kreml nie zgodził się, by sądził go armeński sąd, co wywołało odruchy niechęci w Giumri.