Czy Salvador Ramos znalazł się tu przypadkowo, nie wiadomo. Ścigany przez policję 18-latek uderzył kierowaną przez siebie furgonetką w ogrodzenie szkoły podstawowej Robb w niewielkiej miejscowości Uvalde w Teksasie i około wpół do dwunastej przekroczył drzwi z napisem „welcome” i „bienvenidos”. Od tego momentu zaczął się horror. Zabójca uzbrojony w broń automatyczną i zabezpieczony kamizelką kuloodporną, strzelał systematycznie w dzieci w wieku od siedmiu do dziesięciu lat.

– Mój siostrzeniec widział, jak kieruje broń w nos jego przyjaciela i paf – już go nie było – opowiadał Adolfo Hernandez, mieszkaniec Uvalde.

Ramos zabił 19 dzieci i dwie nauczycielki, zanim sam został zabity przez siły porządkowe. Jednak późnym popołudniem władze podały tożsamość tylko dwojga z nich – Xaviera Javier Lopeza i Aidrie Jo Garza. Dzieciom kazano też pozostać w szkole. Rodzice przeżywali więc katusze, czekając na wiadomość, czy ich pociecha pozostaje wśród żywych: w Robb uczyło się około 500 osób, w 90 proc. Latynosów.

Zanim Ramos wyjechał na miasto, starał się zabić swoją babcię. 66-letnia kobieta jednak przeżyła.

Joe Biden dowiedział się o tragedii na pokładzie samolotu, którym wracał z Azji.

– To jest po prostu chore. Wszędzie ludzie przeżywają rodzinne tragedie, mają problemy psychiczne. A jednak nie dochodzi do takiej rzezi – mówił wyraźnie poruszony.

Zaledwie tydzień temu Stany opłakiwały ofiary innej strzelaniny – w centrum handlowym w Buffalo. Ale tak wielu zabitych wśród dzieci nie widziano tu od 2012 r.

– Na miłość boską, gdzie jest nasz kręgosłup, odwaga, aby zrobić więcej i przeciwstawić się lobby? To jest moment, aby przejść od słów do działań – powiedział Biden.

Czytaj więcej

Strzelanina w szkole podstawowej w USA. Zginęło 19 dzieci
Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Statystyki dają mu rację. Polak ma dziewięć razy mniejsze ryzyko, że padnie ofiarą zabójstwa, niż Amerykanin: w naszym kraju notuje się 0,7 proc. morderstw na 100 tys. mieszkańców wobec 6,3 w USA. Podobne są proporcje w innych krajach zachodniej Europy. Ale już w Brazylii ten wskaźnik szybuje do 20,9.

Jak podaje instytut Pew, 53 proc. Amerykanów opowiada się za zaostrzeniem przepisów regulujących posiadanie broni, 32 proc. jest temu przeciwnych, a 14 proc. nie ma zdania.

Tyle że ta kwestia dzieli kraj jak mało która. O ile 81 proc. wyborców demokratów chce ściślejszych zasada posiada broni, o tyle podobnie myśli jedynie 20 proc. głosujących na republikanów. O ile 73 proc. tej pierwszej grupy jest przekonanych, że zmiana prawa przełoży się na mniej zabójstw, o tyle tak ocenia sprawy tylko 20 proc. wspierających republikanów.

Co prawda gubernator Teksasu, republikanin Greg Abbott, nazwał tragedię w Uvalde „czystym złem”, to będzie on brał w piątek udział w dorocznym zjeździe Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego (NRA). Podobnie jak Donald Trump i republikański senator z Teksasu Ted Cruz.

– Najlepszym zabezpieczeniem przed takimi tragediami jest możliwość posiadania broni. Dzięki temu każdy może obronić się przed zabójcą – oświadczył Cruz, powtarzając jeden z podstawowych argumentów zwolenników utrzymania obecnych zasad.

Aby zmienić dzisiejsze regulacje, demokraci musieliby przekonać dziesięciu senatorów republikańskich. Jest też wątpliwe, czy przed listopadowymi wyborami uzupełniającymi do Kongresu Biden będzie chciał się narazić potężnemu lobby zwolenników posiadania broni: w USA jest przeszło 200 milionów sztuk uzbrojenia. Wielu Amerykanów uważa też, że chodzi o przywilej zapisany w konstytucji, który stanowi o tożsamości kraju.