Od 1950 roku mieszkańcy miasta Longyearbyen mają zakaz umierania. Odkryto wtedy, że wieczna zmarzlina chroni ciała przed procesem rozkładu i zostawia je doskonale zakonserwowane. Jeśli nastąpiłoby kiedyś ocieplenie klimatu, groziłoby to wybuchem epidemii. Dlatego też od 68 lat cmentarz miejski jest zamknięty.
Jeżeli ktoś jest ciężko chory i bliski śmierci, gubernator prosi go o opuszczenie wyspy. Takie osoby, swoje ostatnie dni spędzają w innej części Norwegii. Jeśli jest za późno, jego zwłoki przewozi się na inny kontynent, aby je pochować. Choć można zostać skremowanym, większość osób decyduje się na opuszczenie wyspy.
Reakcja władz nie jest przesadą. Kilka lat temu naukowcy zdecydowali się przeprowadzić badania na temat fenomenu marzłoci, która konserwuje ciała na cmentarzu. W tym celu pobrano próbkę tkanki z ciała osoby, która zmarła w mieście. Odkryto w niej wirusa, który był odpowiedzialny za epidemię hiszpanki w 1918 roku.
- Jeśli wydaje się, że wkrótce umrzesz, dołożymy wszelkich starań, aby zabrać cię na stały ląd - mówi Jan Christian Meyer z Norweigian University of Science and Technology.
W mieście Longyearbyen także niewielu się urodziło. Choć istnieje tam mały szpital, kobiety w ciąży zachęcane są, aby urodzić na kontynencie.