Zgodnie z decyzją władz miasta każdy z ponad 30 meczetów może od kilku dni zgłaszać wnioski o wydanie specjalnego zezwolenia, na podstawie którego z meczetów rozbrzmiewać może azan (adhan), czyli wezwanie do modłów, najczęściej rozpoczynające się w postaci arabskich słów: Allahu akbar (Bóg jest wielki). – Do poniedziałku nie otrzymaliśmy jeszcze ani jednego wniosku, ale zapewne napłyną – mówi „Rz" rzeczniczka kolońskiego ratusza Katja Reuter.

Cały projekt ma charakter próbny i trwać ma na razie dwa lata. Muezini będą mogli ogłaszać swe wezwania jedynie w piątki między 12 a 15, w zależności od harmonogramu wspólnych modłów. Wezwanie to nie może być dłuższe niż pięć minut i jego donośność będzie ustalana indywidualnie w zależności od tego, czy meczet jest położony w rejonie zamieszkanym w większości przez wyznawców islamu czy też nie. W największym meczecie Niemiec w kolońskiej dzielnicy Ehrenfeld głos muezina rozbrzmiewać będzie z 55-metrowej wysokości jego minaretów.

Czytaj więcej

Meczety będą wzywać do modlitwy. Burmistrz Kolonii wydała zgodę

– Decyzja władz Kolonii jest dobrym sygnałem tolerancji i zrozumienia potrzeb mieszkańców miasta wyznających islam. Może być też etapem na drodze uznania naszej religii za równoprawną z chrześcijaństwem czy judaizmem. Do tego daleka droga, chociaż przyznajmy, wiele już zrobiono w ostatnich kilkunastu latach – mówi „Rz" Ali Kizylkaya, wiceprzewodniczący Millî Görüs, drugiej pod względem liczby członków wspólnoty skupiającej muzułmanów pochodzenia tureckiego. Przypomina, że w Niemczech mieszka już ok. 5 mln muzułmanów. W samej Kolonii liczącej 1,1 mln mieszkańców wyznawców islamu jest co najmniej 120 tys. Liczba ta stale rośnie, podobnie jak w całym kraju, do czego przyczyniło się znakomicie przyjęcie przez Niemcy ponad milion uchodźców w ostatnich latach. Zwiększa się też liczba meczetów, których jest w całym kraju ponad 2,8 tys., z czego 300 to budowle z prawdziwego zdarzenia z minaretem czy kopułą.

Alternatywa dla Niemiec (AfD) jest jedyną reprezentowaną w Bundestagu partią, która sprzeciwia się stanowczo rosnącej roli islamu w postaci nauki religii muzułmańskiej w szkołach, zawierania porozumień przez landy z wspólnotami islamskimi (jak w Bremie czy Hamburgu) i popiera wprowadzenie zakazu noszenia muzułmańskich chust przez urzędniczki w administracji publicznej. Inne partie podkreślają, że każdy mieszkaniec Niemiec jest „częścią naszego społeczeństwa" i powinien respektować porządek prawny, instytucje, niemiecką historię, język i kulturę. Mieści się w tym odrzucenie islamizmu w rozumieniu politycznego fundamentalizmu islamskiego prowadzącego nierzadko do terroryzmu.

Politycy CDU począwszy od byłego szefa MSW Wolfganga Schäuble po Angelę Merkel mówili, że „islam należy do Niemiec". – To nie islam, lecz społeczność muzułmańska należy do Niemiec – odpowiedział na to Horst Seehofer (CSU), premier konserwatywnej Bawarii. Obecny szef CDU i ciągle jeszcze kandydat na kanclerza Armin Laschet miał nawet nadany mu przez przeciwników przydomek Türken-Armin (Turecki Armin), bo jest propagatorem bezkonfliktowej polityki integracyjnej w Nadrenii Północnej-Westfalii.

Od kilku lat kategorycznych głosów na temat islamu już nie słychać. Mowa jest coraz częściej o konieczności kształcenia imamów w Niemczech, po niemiecku. Jest to próba utworzenia niemieckiego czy szerzej europejskiego islamu. Obecnie większość działających w Niemczech imamów finansowana jest przez turecki Diynaet, czyli państwowy dyrektoriat ds. religijnych, wspierający DITIB, największą muzułmańską wspólnotę w Niemczech.

Co myślą o tym wszystkim obywatele, dowiadujemy się z niedawnego sondażu renomowanego instytutu Allensbach. 45 proc. Niemców twierdzi, że „islam nie należy do Niemiec". Przeciwnego zdania jest 44 proc., ale wyłącznie w odniesieniu do „przyjaznych form, a nie grup radykalnych". 77 proc. respondentów wiąże istnienie radykalnych grup z zagrożeniem terrorystycznym, a 55 proc. obawia się rosnących wpływów islamu w ogóle.