Wbrew tytułowi, rzecz nie będzie dotyczyła prawa telekomunikacyjnego ani radiowego i problemów w nadawaniu czy sposobów jego zakłócania, co niektórym czytelnikom, słuchaczom radiowym mogłoby kojarzyć się z dawnymi praktykami podejmowanymi w minionych czasach PRL-u. W szczególności z ich efektami, czyli trudnościami w odbiorze zagranicznych programów informacyjnych, w tym Radia Wolna Europa.

Czytaj więcej

Marek Domagalski: Uwaga na (nie)chciany spadek

Chodzi o prawo spadkowe i jedną z jego instytucji określanych łacińskim mianem transmissio hereditatis, po polsku nazywaną właśnie transmisją.

Stwierdzenie, że dziedziczenie nie zawsze jest pożądane, trąci oczywistością. Pół biedy, gdy chodzi o majątek. Jak wiadomo, od przybytku głowa nie boli. Zdecydowanie gorzej, jeśli przedmiotem spadku są długi. Szczęśliwie prawo polskie opiera się na założeniu, że nikogo nie można zmusić do dziedziczenia (nie jest zresztą w tym zakresie odosobnionym wyjątkiem). Dlatego prawodawca przewiduje możliwość zadecydowania, czy spadkobierca chce czy nie chce dziedziczyć i przyznaje mu stosowny czas do namysłu. Wynosi on sześć miesięcy (art. 1015 k.c.).

W tym miejscu nie jest ważny sposób obliczania terminu, w którym spadkobierca ma złożyć oświadczenie w sprawie przyjęcia albo odrzucenia spadku. Istotne jest natomiast, że się zdarza, gdy spadkobierca nie złożywszy oświadczenia (jeszcze przed upływem terminu) sam umrze. Wtedy właśnie pojawia się „transmisja", czyli „odziedziczenie" albo raczej „przejście" uprawnienia do złożenia oświadczenia na spadkobiercę „zmarłego właśnie spadkobiercy". Rzecz nie budzi większych wątpliwości, gdy spadkobierca „zmarłego spadkobiercy" (zwany transmitariuszem) jest jeden. Sprawa zaczyna się komplikować, gdy jest ich wielu.

Kłopotliwa mnogość

Ustawodawca takiej ewentualności nie przewidział albo raczej – jeśli przewidział, to nie uregulował następstw takiej szczególnej sytuacji.

W efekcie jeśli uprawnienie do złożenia oświadczenia o przyjęciu bądź odrzuceniu spadku po zmarłym spadkobiercy (zwanym transmitentem) nabywa nie jeden, ale kilku transmitariuszy (art. 1017 k.c.), niejasne jest niemal wszystko, od drobiazgów aż po sprawy fundamentalne.

Nie wiadomo zatem nawet, czy oświadczenie ma być jedno „wspólne", czy trzeba ich złożyć wiele (stosownie do liczby transmitariuszy). Jeśli zaś ma być jedno, to kto ma je złożyć; a także: co wtedy, gdy brak jest zgody co do jego treści, czyli co do sposobu przyjęcia bądź odrzucenia spadku. Jeśli zaś koniecznych jest wiele oświadczeń, to czy mają one charakter samodzielny, czy składają się na jedną „większościową" całość.

Podobnie zupełnie nie wiadomo, kiedy miałby kończyć się termin do złożenia oświadczenia, a więc czy po upływie sześciu miesięcy od powzięcia wiedzy przez „pierwszego", czy przez „ostatniego" z transmitariuszy.

Autopromocja
Real Estate Impactor

Gala wręczenia nagród liderom w branży nieruchomości

ZOBACZ RELACJĘ

Wykładnia nie pozwala na spójne i konstrukcyjnie poprawne rozwiązanie tego „węzła gordyjskiego". Judykatura sądów powszechnych jest krańcowo rozbieżna, prawodawca zaś milczy.

Wykładnia nie sprosta

Oczywiście podejmowane są próby wyjaśnienia sprawy i znalezienia jakiegoś wyjścia z impasu. Z logicznego punktu widzenia możliwe byłyby dwie przeciwstawne opcje. Wszystko inne jest już tylko konsekwencją dokonanego, w tym pierwotnym zakresie, wyboru.

A zatem można byłoby twierdzić, że w takiej sytuacji nie tylko prawo do złożenia oświadczenia, ale również sam udział spadkowy przysługujący zmarłemu spadkobiercy (transmitentowi) dzieli się na tyle części, ilu jest transmitariuszy i że składają oni w konsekwencji w pełni samodzielne oświadczenia, co oznacza też „samodzielne" i – w szczególności – „różne" terminy do jego złożenia. Takie ujęcie byłoby w pewnym sensie podobne do znanego prawu polskiemu dziedziczenia szczepu (dziedziczenie in stirpes), czyli dziedziczenia zstępnych niedoszłego (gdyż przedwcześnie zmarłego) spadkobiercy. Jak wiadomo, w miejsce zmarłego przed otwarciem spadku spadkobiercy ustawowego wchodzą jego zstępni dziedziczący jego udział spadkowy (przy tym każdy samodzielnie swoją część udziału).

Można też utrzymywać, że „dziedziczone" jest prawo do złożenia jednego oświadczenia o przyjęciu bądź odrzuceniu spadku (nie zaś udział w spadku) i że wszyscy spadkobiercy czynią to w jakimś sensie łącznie. A więc, że powstaje swoista „wspólnota spadkowa". Przy takim ujęciu transmitariusze mogą spadek: wspólnie przyjąć (wprost), odrzucić bądź przyjąć go „bezpiecznie" (czyli z tzw. dobrodziejstwem inwentarza). Jednak wszyscy łącznie.

Oba podejścia mają mniejsze i większe wady konstrukcyjnej natury, które de lege lata przekreślają je, i których nie da się usunąć bez pomocy prawodawcy.

Pierwsze napotyka w szczególności na problem, który można postrzegać jako „niedopuszczalność częściowego przyjęcia bądź odrzucenia spadku" bez wyraźnej podstawy prawnej. A taka właśnie sytuacja powstanie wobec przejścia prawa do „jednego" spadku, do którego powołany był transmitent, na wielu „samodzielnie uprawnionych" transmitariuszy. Pewną przeszkodą do jego zaakceptowania jest też użyte przez prawodawcę w liczbie pojedynczej sformułowanie, że spadkobiercy składają „oświadczenie", czyli jedno, nie zaś wiele oświadczeń.

Drugie rozbija się o mur zupełnego braku regulacji dotyczącej „wspólnego prawa" transmitariuszy. Tu powstaje prawdziwy pat. Cóż z tego, że koncepcja ta „pasuje" bardziej do użytej przez prawodawcę w art. 1017 k.c. „liczby pojedynczej", skoro dalej ani rusz. Z istniejących przepisów nie da się wyinterpretować ani tego, jak współtransmitariusze mają składać oświadczenie, ani jak miałaby przedstawiać się ewentualna sytuacja prawna tego współspadkobiercy/współtransmitariusza, który zostanie niejako „przegłosowany". Czyli tego, który chciał oświadczenia odmiennej treści niż pozostali współtransmitariusze. Chodzi w szczególności o jego ewentualną odpowiedzialność za długi spadkowe, gdy np. „głosował" za odrzuceniem spadku (a więc też za „odrzuceniem" długów spadkowych), tymczasem wbrew jego stanowisku doszło do przyjęcia spadku. Nie da się określić również tego, co będzie, gdy jeden ze spadkobierców/współtransmitariuszy oświadczenie złożył (np. odrzucił spadek), inni zaś nie złożyli. Nie można przecież przyjąć, aby działała tu „zasada reprezentacji" i aby jedno oświadczenie rozciągało swoje znaczenie na wszystkich pozostałych współtransmitariuszy. W kompletnej mgle ginie przy tej koncepcji sprawa zachowania terminu do złożenia oświadczenia o przyjęciu bądź odrzuceniu spadku. Istniejąca regulacja prawna nijak nie da się pogodzić z wielością uprawnionych (do złożenia jednego oświadczenia) transmitariuszy. W rezultacie praktyczne forsowanie tej koncepcji oznacza de lege lata pełny kreacjonizm sądowy i zupełną dowolność orzekania poszczególnych sądów. A więc również kompletną nieprzewidywalność rozstrzygnięć. A przecież chodzi o sprawę poważną.

Mniejsze zło

Powstaje zatem pytanie: co dzisiaj czynić można?

Z dwojga złego należy opowiedzieć się za praktykowaniem pierwszej z koncepcji. Wprawdzie także ona napotyka wspomniane przeszkody formalnokonstrukcyjnej natury. Wydaje się jednak po pierwsze, że są one mniejsze, a po drugie, że ta koncepcja nie stawia sędziego przed nienaturalną dla niego i zastrzeżoną dla prawodawcy koniecznością „tworzenia prawa". Jeśli już raz przesądzić, że chodzi o „samodzielne" oświadczenia, wszystko inne jest proste i, w szczególności, prawnie uregulowane.

Zupełnie inaczej rzecz ma się z koncepcją drugą. Tutaj przesądzenie, że chodzi o wspólne dziedziczenie „prawa do jednego oświadczenia" otwiera puszkę Pandory.

De lege ferenda (na przyszłość) należałoby opowiedzieć się za wyraźnym przesądzeniem ustawowym (np. na wzór przyjętego przez prawodawcę niemieckiego w § 1952 ust. 3 k.c.n.), że każdy współtransmitariusz ma własne prawo do złożenia oświadczenia.

Potrzebna interwencja

Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło niedawno zamiar reformy prawa spadkowego (vide druk nr UD 222 ogłoszony w lutym 2021 r. na stronach Rządowego Biura Legislacyjnego, założenia ustawy nowelizującej kodeks cywilny z 1964 roku w zakresie prawa spadkowego). Dotyczy on kilku różnych, pilnych kwestii prawa sukcesyjnego, jednak nie transmisji. Zdecydowanie warto byłoby dołączyć do niego również zmiany w zakresie tej figury prawnej.

W tym zakresie prawodawca stoi przed decyzją: albo wybrać pierwszą koncepcję („samodzielności i niezależności" spadkobierców) i dodać jeden niewielki przepis do księgi czwartej kodeksu cywilnego (np. dodatkowy paragraf w art. 1017 k.c.), albo obszernie uregulować wszystkie meandry „wspólnoty spadkowej".

Pierwsza ewentualność jest nie tylko technicznoprawnie łatwiejsza, ale też zdaje się bardziej odpowiadać „duchowi czasów". Ona stawia na podmiotowość jednostki.

Interwencja ustawodawcy jest tu pilnie potrzebna. Nie trzeba być filozofem ani jasnowidzem, aby przewidzieć, że sprawy wielości transmitariuszy nie tylko nie znikną z praktyki sądów spadkowych, ale też wkrótce pojawią się kazusy dotyczące majątków niebagatelnych. Wtedy obecny chaos i niepewność rozstrzygnięcia sądowego staną się nie do zniesienia.

Autor jest profesorem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, LL.M.