Policjanci z sekcji samochodowej łódzkiej Komendy Miejskiej w listopadzie 2007 roku przeszukiwali dom podejrzanego o kradzieże samochodów. Byli zaskoczeni, gdy znaleźli dwa pistolety na ostrą i gazową amunicję.
Funkcjonariusze wiedzieli bowiem tylko, że Andrzej S. w 1996 roku zapisał się do sekcji strzeleckiej. O tym, że kupił broń, a po skreśleniu z listy zawodników klubu posługiwał się nią nielegalnie, w Krajowym Systemie Informacji Policyjnej nie było ani słowa.
Podobna sytuacja przytrafiła się funkcjonariuszom Centralnego Biura Śledczego. W mieszkaniu handlarza spirytusem natrafili na trzy pistolety, których w ewidencji nie było.
– Przestępcy mogliby strzelać do policjantów, nieświadomych, że idą zatrzymać uzbrojoną osobę. A gdyby funkcjonariusze ABW wiedzieli, że Barbara Blida ma broń, dziś by żyła – mówi Kazimierz Olejnik, były zastępca prokuratora generalnego, który w swojej karierze prowadził sprawy przeciwko gangom.
[srodtytul]Gdzie są akta i wpisy[/srodtytul]
Policjanci z Biura Spraw Wewnętrznych (policja w policji) odkryli, że w Wydziale Postępowań Administracyjnych KWP w Łodzi zginęło 278 stron akt. Za wprowadzanie danych do ewidencji odpowiadała osobiście Małgorzata Gałązka. Była specjalistką ewidencjonującą broń sportową, której znaczną część stanowi broń palna bojowa. – Takie zachowanie jest ewidentnym niedopełnieniem obowiązków – uważa Olejnik. – Wobec pracowników, którzy się tego dopuścili, powinny być wyciągane surowe konsekwencje.
Prokuratura Rejonowa w Tomaszowie Mazowieckim postawiła Gałązce zarzut przestępstwa urzędniczego (grozi za to do trzech lat więzienia), ale sprawę w końcu umorzyła.
– Uznano, że akta zaginęły z jej winy, ale były to jedynie zaniedbania i konsekwencje wobec specjalistki powinni wyciągnąć przełożeni – informuje Witold Błaszczyk z nadzorującej śledztwo Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie Trybunalskim.
Sama Gałązka mówi tylko: – Nie ponoszę winy za zaginione akta, które zdałam w 2005 roku i nie wiem, co się z nimi potem działo.
Kolejne wydarzenia tego nie potwierdzają. Funkcjonariusze ABW, zatrzymując członka gangu narkotykowego, znaleźli u niego broń, której nie było w rejestrze. Według ustaleń policji wina Gałązki jest bezsporna. Nie wprowadziła danych posiadacza broni do systemu przed 2005 rokiem.
[srodtytul]Wiceszef policji mówi: dość[/srodtytul]
– Otrzymaliśmy wniosek o wznowienie śledztwa w sprawie pracownicy podpisany przez zastępcę komendanta wojewódzkiego Dariusza Banachowicza – mówi Sławomir Kierski z piotrkowskiej prokuratury.
Banachowicz potwierdza, że wysłał wniosek, bo „pojawiły się w sprawie nowe okoliczności”. Prokuratura potraktowała pismo jako zażalenie, zatem rozpozna je sąd.
Gałązka przed dwoma laty przeniosła się z Wydziału Postępowań Administracyjnych do Wydziału Komunikacji Społecznej. Stąd oddelegowano ją do pracy w Niezależnym Samorządnym Związku Zawodowym Pracowników Policji, którego została przewodniczącą. W tym roku mimo prowadzonego przeciwko niej postępowania prokuratorskiego seryjnie zbierała nagrody: w kwietniu dostała 900 zł, w czerwcu 700 zł, a w lipcu na Dzień Policji – 1300 zł. W maju otrzymała też podwyżkę ok. 400 zł, a we wrześniu dodatek specjalny – 180 zł z wyrównaniem od stycznia.
Magdalena Zielińska, rzeczniczka komendanta wojewódzkiego, tłumaczy, że Gałązka jest nagradzana ze względu na „charakter i wagę wykonywanych zadań związanych z reprezentowaniem pracowników cywilnych KWP”.
Ostatnia podwyżka rozsierdziła pracowników Wydziału Komunikacji Społecznej, którzy dostali po 60 – 100 zł dodatku specjalnego.
Przyszli ze skargą do naczelnika, a ich przełożony Witold Kozicki 18 września na spotkaniu ze związkami i komendantem Lechem Biernatem powiedział, że zaopiniował dla Gałązki 80 zł. Zapytał, dlaczego otrzymała wyższą kwotę. – Bo mi komendant dał – wypaliła Gałązka.
Następnego dnia Kozicki został odwołany z funkcji naczelnika wydziału. Komendant twierdzi, że odwołał Kozickiego z innych powodów i wcale nie traktował Gałązki w uprzywilejowany sposób. Świadczy o tym zawiadomienie do prokuratury wysłane z jego polecenia po ujawnieniu „nowych okoliczności”. – Tak trzeba było postąpić – mówi Biernat.