Tarnobrzescy sędziowie w uchwale zwrócili się z apelem do całego środowiska, by odpowiednimi działaniami postarało się zmienić tę upokarzającą sytuację.
Czy więc po strajków górnikach, lekarzy i pielęgniarek grożą nam kolejne akcje protestacyjne, i to grupy zawodowej, która jest jak najdalsza od manifestowania swojego niezadowolenia?
Ostatnia uchwała pokazuje, że jest to możliwe.
To słowo nie przeszło przez usta żadnemu z sędziów, z którymi wczoraj rozmawiała „Rz”.
– Obecnie podwyżki w sferze budżetowej dostają tylko ci, którzy idą ze śrubami przed Sejm – mówi jeden z warszawskich sędziów. – Nie sądzę, aby nasze środowisko poszło w ślady górników czy lekarzy.
– Trzeba powiedzieć jasno: sędziowie nie mają prawa do strajku, aczkolwiek wiemy z naszych kontaktów zagranicznych, że w niektórych krajach, gdzie sędziowie mieli bardzo niskie wynagrodzenia, mimo zakazów dochodziło do takich akcji protestacyjnych – mówi sędzia Waldemar Żurek z Sądu Okręgowego w Krakowie, rzecznik stowarzyszenia Iustitia.
Tak było w Hiszpanii, Portugalii i Grecji tuż przed ich wejściem do Unii Europejskiej. Strajki doprowadziły do zawarcia porozumień płacowych i w efekcie wynagrodzenia sędziów wzrosły.
Skąd oburzenie sędziów? Wywołała je kwota bazowa stanowiąca podstawę obliczania ich poborów. W zależności od stanowiska sędziego należy ją przemnożyć przez odpowiedni wskaźnik. Taki sposób podaje ustawa o ustroju sądów powszechnych. Określa ona w załączniku także dodatki za wysługę lat oraz funkcyjne.
W tym roku kwota bazowa sędziowskich wynagrodzeń jest taka sama jak w zeszłym, bo zostały zamrożone płace w sferze budżetowej. W przyszłym roku – jak wynika z projektu budżetu – wzrośnie nieznacznie, o niecałe 34 zł. Teraz wynosi 1459,84 zł, a w 2008 r. ma sięgnąć 1493,42 zł. Sędziowie wskazują konkretne przykłady. Sędzia sądu rejonowego z dwuletnim stażem bez dodatków i bez funkcji zarabia obecnie 4817,47 zł brutto miesięcznie, a po planowanej „podwyżce” kwoty bazowej od stycznia 2008 r. ma szanse na 4928,28 zł. Sędzia z 20-letnim doświadczeniem na stanowisku przewodniczącego wydziału zarabia dziś ok. 7500 zł brutto, a w przyszłym roku dostanie 7650 zł.
– W środowisku wzburzenie z powodu niskich zarobków narasta od dłuższego czasu. A wszystko dlatego, że nasze płace sztucznie powiązano z tzw. kwotą bazową.
W efekcie kiedy gospodarka rynkowa przez ostatnie dwa lata ruszyła do przodu, wszyscy dostawali podwyżki, a my nie – tłumaczy sędzia Żurek. – Doprowadziło to do tego, że przepaść w wynagrodzeniach między nami a innymi zawodami prawniczymi stała się ogromna. W konsekwencji w ciągu ostatnich lat odeszło ponad stu sędziów, którzy zdecydowali się wybrać bardziej dochodowy zawód adwokata czy radcy prawnego.
– Jeżeli państwo chce, aby w sądownictwie pracowali najwyższej klasy specjaliści, musi przedstawić nam kilkuletni program wzrostu wynagrodzeń. Inaczej nie zatrzyma tych, którzy coraz poważniej myślą o odejściu.
Należałoby oddzielić wynagrodzenia sędziów od tych, które otrzymują pracownicy sądowi. Jeżeli są podwyżki dla sędziów, to od razu idą za tym podwyżki dla urzędników, i to w tej samej proporcji. To nie jest prawidłowy mechanizm. W efekcie każda taka podwyżka robi się bardzo dużym wydatkiem. Jeśli chodzi o zmiany systemowe, może dobrze byłoby wrócić do starej zasady i ustalić, jak wynagrodzenie sędziowskie ma się mieć do przeciętnej płacy w Polsce. Raz na zawsze można by przyjąć, jaki procent średniego wynagrodzenia powinien mieć sędzia, i w ten sposób odsunęłoby się wszelkie postawy roszczeniowe. Wzrost pensji sędziowskich byłby powiązany ze wzrostem przeciętnych wynagrodzeń. Obecne wskaźniki bazowe są sztuczne i nie spełniają swojej funkcji.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora t.pietryga@rp.pl