Reklama

Katarzyna Holik: Prawne dylematy w aktach Jeffreya Epsteina

Tragedia ofiar amerykańskiego multimilionera Jeffreya Epsteina domaga się pełnej jawności, jednak natłok informacji o kontaktach towarzyskich osób ze świata polityki, biznesu i show-biznesu niesie ryzyko rozmycia odpowiedzialności tych, którzy realnie uczestniczyli w procederze.

Publikacja: 18.02.2026 05:50

Sprawa Jeffreya Epsteina dobitnie pokazuje napięcie między społeczną potrzebą ujawniania informacji

Sprawa Jeffreya Epsteina dobitnie pokazuje napięcie między społeczną potrzebą ujawniania informacji o mechanizmach nadużyć a ryzykiem „publicznego osądu” opartego na samych skojarzeniach.

Foto: EPA/PAP/CRISTOBAL HERRERA-ULASHKEVICH

Jeffrey Epstein był amerykańskim wpływowym finansistą, który dorobił się fortuny na zarządzaniu majątkami najbogatszych ludzi świata. Mimo że już w 2008 r. na Florydzie zapadł na niego wyrok za nakłanianie nieletnich do prostytucji (orzeczenie niezwykle łagodne, wydane w warunkach tzw. plea deal, tj. ugody bazującej na przyznaniu się do winy), zasadniczy zwrot w sprawie nastąpił dopiero w lipcu 2019 r. Wówczas prokuratura w Nowym Jorku przedstawiła mu zarzuty dotyczące handlu ludźmi w celu wykorzystywania seksualnego oraz udziału w spisku. W toku postępowania śledczy opisali sposób funkcjonowania jego zorganizowanego procederu: Epstein miał wykorzystywać seksualnie, a także „udostępniać” swoim znajomym dziesiątki, a być może nawet setki dziewcząt, przy czym według ujawnianych informacji najmłodsze z nich miały około 12 lat.

Jeffrey Epstein nie doczekał procesu – 10 sierpnia 2019 r. został znaleziony martwy w swojej celi w Federalnym Areszcie Śledczym na Manhattanie. Choć mogło się wydawać, że jego śmierć zamknie sprawę i wygasi zainteresowanie opinii publicznej, w praktyce stała się ona raczej momentem zwrotnym historii niż jej finałem. W kolejnych miesiącach i latach ujawniane były następne materiały, relacje i dokumenty, a skandal zaczął narastać, przybierając wymiar wielowątkowej afery o skali globalnej.

To właśnie wtedy coraz szerzej zaczęły przebijać się informacje o rozległej sieci jego kontaktów: od wpływowych środowisk biznesowych, przez kręgi polityczne, aż po osoby z pierwszych stron świata show-biznesu. W efekcie sprawa przestała być postrzegana wyłącznie jako postępowanie przeciwko jednemu człowiekowi, a zaczęła funkcjonować w debacie publicznej jako symbol szerszego problemu: tego, jak długo i jak skutecznie osoby dysponujące dużymi pieniędzmi i rozległymi znajomościami potrafią budować wokół siebie parasol ochronny oraz jak trudno po czasie oddzielić realną odpowiedzialność od samych, często powierzchownych, kontaktów towarzyskich czy biznesowych.

Czytaj więcej

Co Donald Trump wiedział o Jeffrey'u Epsteinie? Nowe fakty

Cel „listy Epsteina”

W niedawno ujawnionych aktach przewijają się takie nazwiska jak Bill Clinton, Donald Trump, książę Andrzej (którego relacja z Epsteinem doprowadziła do wycofania się z życia publicznego) oraz liczni dyplomaci i ministrowie, a także Bill Gates, Elon Musk, Naomi Campbell czy wybitny fizyk Stephen Hawking.

Reklama
Reklama

Powyższe zdarzenia naturalnie nasuwają pytanie: czy sam fakt utrzymywania kontaktów korespondencyjnych czy towarzyskich z Jeffreyem Epsteinem pozwala na postawienie jednoznacznej tezy o wiedzy i przyzwoleniu na jego przestępczą działalność? Czy nie jest jednak tak, że Epstein miał dwie twarze, z których jedna była twarzą biznesmena i finansisty, który z wielką zręcznością obracał się w kręgach elit i przyciągał do siebie najbardziej wpływowych i najzamożniejszych ludzi świata, dla których nie był drapieżcą, lecz fascynującym gospodarzem, mecenasem idei i człowiekiem, którego bliskość gwarantowała wejście do najbardziej ekskluzywnych kręgów władzy?

Publikacja nazwisk znanych osób na tzw. liście Epsteina służy co najmniej kilku celom. Po pierwsze, zmierza do pokazania skali wpływów i sposobu, w jaki budował on sieć relacji. Po drugie, celem może być także nakłonienie nieujawnionych jeszcze ofiar Epsteina do zgłoszenia się do organów ścigania. Po trzecie, służy budowaniu sensacji medialnej, nawet jeżeli ujawniona korespondencja nie ma żadnej wartości dowodowej.

Czytaj więcej

Współpracownik Donalda Trumpa w 2016 roku zapraszał Jeffreya Epsteina na Walentynki

Efekt Barbary Streisand – jakie działania podejmują osoby z „listy Epsteina” 

I to właśnie ta ostatnia kwestia może okazać się najbardziej szkodliwa dla osób, które miały przelotne związki z Jeffreyem Epsteinem. W Stanach Zjednoczonych Ameryki kluczową rolę w ujawnianiu setek dokumentów, w tym nazwisk ofiar, świadków i współpracowników Epsteina, odgrywają sędziowie federalni, którzy mają ważyć prawo opinii publicznej do wiedzy z prawem do prywatności i mogą nakazać odtajnienie nazwisk osób pojawiających się w aktach sprawy.

Masowa publikacja personaliów tworzy jednak niebezpieczny mechanizm, który może skutkować nawet rozmyciem odpowiedzialności ludzi, którzy aktywnie pomagali Epsteinowi lub osobiście dopuścili się nadużyć. Przeciętny odbiorca swoją uwagę może skupić na osobach najbardziej znanych (jak np. Bill Clinton i Hillary Clinton), nawet jeżeli ujawniona korespondencja w żaden sposób nie potwierdza ich faktycznego zaangażowania w nielegalną działalność amerykańskiego finansisty. W praktyce dla tych, którzy wiedzieli o przestępstwach Jeffreya Epsteina, jest to zjawisko korzystne – znikają oni bowiem w tłumie znanych nazwisk, które ściągają z nich całą uwagę.

Co więcej, publikacja personaliów osób postronnych (choć utrzymujących w przeszłości kontakty z Epsteinem), bez twardych dowodów na ich udział w jakimkolwiek przestępstwie może zostać uznana za naruszenie dóbr osobistych i skutkować procesem o zniesławienie. Na taki krok zdecydował się prezydent USA Donald Trump, który pozwał „Wall Street Journal” oraz „New York Times” za publikację serii artykułów dotyczących jego powiązań z Epsteinem. W praktyce wytoczenie procesu cywilnego może okazać się bronią obosieczną. Pozew może bowiem stanowić skuteczny instrument walki z nieprawdziwymi informacjami. Należy jednak pamiętać, że dla osób publicznych poprzeczka jest zawieszona niezwykle wysoko. Zgodnie z prawem amerykańskim nie wystarczy dowieść, że w artykule napisano nieprawdę – należy udowodnić, że dziennikarze działali w złej wierze (actual malice), a to często okazuje się bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Z drugiej strony taki proces może wywołać zupełnie niezamierzony rezultat (tzw. efekt Barbary Streisand) i zamiast uciszyć sprawę, skutkować przyciągnięciem do niej jeszcze większej uwagi opinii publicznej.

Reklama
Reklama

W Stanach Zjednoczonych doktryna wolności słowa, oparta na pierwszej poprawce do konstytucji, ma szeroki charakter i priorytetowo traktuje wolność jednostki przed ingerencją państwa, chroniąc nawet wypowiedzi drastyczne czy szokujące. Stanowi ona: „Żadna ustawa Kongresu nie może wprowadzić religii ani zabronić swobodnego praktykowania jej, ograniczać wolności słowa lub prasy ani prawa ludu do spokojnych zgromadzeń lub do składania naczelnym władzom petycji o naprawienie krzywd”.

W wyroku Sądu Najwyższego USA w sprawie „New York Times” v. Sullivan [376 U.S. 254 (1964)] Sąd Najwyższy wskazał, że „ogólna teza, iż wolność wypowiedzi w kwestiach publicznych jest zagwarantowana przez pierwszą poprawkę, została już dawno utrwalona w naszym orzecznictwie. Konstytucyjna ochrona, jak stwierdziliśmy, została ukształtowana w celu zapewnienia nieskrępowanej wymiany idei, służącej wprowadzaniu zmian politycznych i społecznych pożądanych przez naród”, a także że „utrzymanie możliwości swobodnej debaty politycznej po to, by rząd mógł odpowiadać na wolę narodu, a zmiany mogły być dokonywane drogą zgodną z prawem – co jest szansą niezbędną dla bezpieczeństwa Republiki – stanowi fundamentalną zasadę naszego systemu konstytucyjnego”. Dalej Sąd Najwyższy podniósł, że „debata nad kwestiami publicznymi powinna być nieskrępowana, żywa i szeroko otwarta oraz że może ona obejmować gwałtowne, jadowite, a czasem nieprzyjemnie ostre ataki na rząd i urzędników państwowych”. W innym wyroku [w sprawie Bridges v. California, 314 U.S. 252 (1941)] Sąd Najwyższy sformułował tezę, że „cenionym przywilejem Amerykanów jest swobodne wyrażanie własnych opinii na temat wszystkich instytucji publicznych, choć nie zawsze odbywa się to w nienagannym guście”.

Czytaj więcej

Afera Epsteina to rosyjski „kompromat”? Niemieccy politycy pełni obaw o bezpieczeństwo

Jak chroniona jest wolność słowa w USA? 

W Stanach Zjednoczonych wolność słowa i prasy jest zatem chroniona szczególnie mocno przez pierwszą poprawkę, a sądy bardzo niechętnie akceptują ograniczenia publikacji – zwłaszcza gdy dotyczą debaty o sprawach publicznych i osobach pełniących funkcje publiczne – oraz stawiają wysokie progi odpowiedzialności za materiały prasowe. W Europie (w tym w Polsce) ochrona wypowiedzi również jest fundamentalna, ale częściej i łatwiej podlega ważeniu z innymi prawami, w szczególności z prawem do prywatności, ochroną dobrego imienia, reputacji i danych osobowych, co w praktyce daje większą przestrzeń dla roszczeń cywilnych i nakazów ograniczających zakres publikacji.

W wyroku z 7 grudnia 1976 r., wydanym w sprawie Handyside przeciwko Wielkiej Brytanii (skarga nr 5493/72), Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że „wolność słowa stanowi jeden z podstawowych fundamentów demokratycznego społeczeństwa, jeden z podstawowych warunków jego postępu i rozwoju każdego człowieka. Z zastrzeżeniem ust. 2 art. 10 konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności ma ona zastosowanie nie tylko do »informacji« lub »idei«, które są przychylnie odbierane lub uważane za nieobraźliwe lub obojętne, ale także do tych, które obrażają, szokują lub niepokoją państwo lub jakąkolwiek część populacji. Takie są wymagania pluralizmu, tolerancji i otwartości, bez których nie ma »demokratycznego społeczeństwa«. Oznacza to m. in., że każda »formalność«, »warunek«, »ograniczenie« lub »kara« nałożona w tej sferze musi być proporcjonalna do zamierzonego uzasadnionego celu”.

Powyższy pogląd znajduje potwierdzenie w orzecznictwie polskiego SN, który w postanowieniu z 30 kwietnia 2021 r. ( sygn. akt I CSK 679/20) podkreślił, że „udział w debacie publicznej poświęconej ważnym wydarzeniom budzącym niepokój społeczny i krytyce negatywnych zjawisk stanowi z zasady przejaw dopuszczalnego i prawem chronionego korzystania z wolności wypowiedzi. Swoboda wypowiedzi – w tym prawo do publicznego, bieżącego komentowania wydarzeń – stanowi jeden z zasadniczych filarów społeczeństwa demokratycznego i nie ogranicza się do informacji i poglądów, które są odbierane przychylnie, uważane są za nieobraźliwe lub neutralne, lecz odnosi się także do tych, które obrażają, oburzają lub wprowadzają niepokój, kwestionując ustalony porządek. Ujemne wypowiedzi ocenne nie podlegają testowi prawdy i uznaje się je za dopuszczalne, jeżeli krytyka leży w interesie publicznym i jest rzetelna. Sąd wartościujący może być uznany za przekraczający granice krytyki możliwej do zaakceptowania, jako nieznajdujący dostatecznej podstawy faktycznej; manipulowanie prawdą o rzeczywistości nie może być bowiem akceptowane”.

Reklama
Reklama

Sprawa Jeffreya Epsteina dobitnie pokazuje napięcie między społeczną potrzebą ujawniania informacji o mechanizmach nadużyć a ryzykiem „publicznego osądu” opartego na samych skojarzeniach. Tragedia ofiar amerykańskiego multimilionera domaga się pełnej jawności, jednak natłok informacji o kontaktach towarzyskich osób ze świata polityki, biznesu i show-biznesu niesie ryzyko rozmycia odpowiedzialności tych, którzy realnie uczestniczyli w procederze. Publikowanie korespondencji, która nie ma jednoznacznej treści potwierdzającej udział lub świadomość nielegalnej działalności, bywa materiałem o ograniczonej wartości dowodowej. W tym kontekście standardy wolności słowa – zarówno amerykańskie, jak i europejskie – w praktyce prowadzą do podobnego wniosku: wolno mówić dosadnie i ostro, dopuszczalne jest krytykowanie oraz ujawnianie kwestii ważnych społecznie, ale nie wolno naginać prawdy, a wolność słowa nie może stać się narzędziem bezpodstawnego niszczenia reputacji.

Autorka jest adwokatem, kancelaria DSK

Rzecz o prawie
Paulina Szewioła: Cmentarzysko projektów
Materiał Promocyjny
Jak osiągnąć sukces w sprzedaży online?
Rzecz o prawie
Jacek Dubois: O ekskluzywnym obrońcy
Rzecz o prawie
Joanna Parafianowicz: Milczenie adwokatury
Rzecz o prawie
Mikołaj Małecki: Porządek publiczny funkcjonuje również w internecie
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama