Te trzy sekundy, które dzieliły pana od tytułu, to dużo czy mało?

Bardzo mało. Chociaż kiedyś w mistrzostwach Europy zająłem drugie miejsce w Rajdzie Rzymu, po trzech dniach rywalizacji tracąc do zwycięzcy Francuza Bryana Bouffiera 0,3 sekundy. Bywało też tak, że wygrywaliśmy rajdy z pięciosekundową przewagą. Teraz, niestety, się nie udało (triumfował Francuz Yohan Rossel – przyp. red.). Ale trzeba pamiętać, że na mistrzostwo pracuje się przez cały rok. I to był bardzo dobry czas dla całego mojego zespołu LOTOS Rally Team. Wiadomo, że pewien niedosyt jest, ale to także motywacja do dalszej walki.

Warto wspomnieć o Macieju Szczepaniaku, który w klasyfikacji pilotów zdobył tytuł mistrzowski...

To największy sukces w jego karierze. Cieszę się, że mogłem dołożyć do tego cegiełkę. Jego konkurent (pilot Rossela – przyp. red.) nie jechał ostatnich rund, więc Maciek był pewien tytułu przed ostatnim rajdem. Z boku może to wyglądać trochę dziwnie, że pilot zdobywa mistrzostwo, a kierowca nie, ale taki jest regulamin. Niby jesteśmy zespołem, ale punkty zdobywamy osobno.

W swojej biografii jazdę bez pilota porównał pan do jazdy w nocy bez świateł...

Od startu do mety jesteśmy w samochodzie razem. Ani Maciek, ani ja w tej wspólnej podróży nie wysiadamy z auta choćby na chwilę (śmiech).

To był drugi pandemiczny sezon. Nauczyliście się już życia w nowej rzeczywistości?

Bywały takie rajdy, jak na przykład w Estonii, że w trakcie siedmiu dni byliśmy badani cztery czy pięć razy. Wciąż jesteśmy testowani, choć już nie tak często, z reguły wystarcza certyfikat szczepienia. Cały czas musimy przestrzegać reżimu sanitarnego, ale stało się to dla nas codziennością. Można powiedzieć, że stopniowo wracamy do normalności. Pandemia sprawiła, że musieliśmy się przyzwyczaić do zmian w kalendarzu. Kraje organizujące rajdy przekładały lub odwoływały poszczególne rundy, powołując się na pandemię. Ale w tym roku takie przypadki były sporadyczne. Nie sądzę, żeby było gorzej. Oczywiście jesień pod względem zachorowań jest trudna, ale mam nadzieję, że wraz z nadejściem wiosny znów zaświeci słońce.

Ta nieprzewidywalność i umiejętność adaptacji do okoliczności była największym wyzwaniem w czasach Covid-19?

Decyzje zapadały z tygodnia na tydzień, czasem tuż przed rajdem dowiadywaliśmy się, że zostanie on odwołany albo przesunięty. Trzeba było zmieniać rezerwacje hoteli i lotów. Dla zespołu to ogromne wyzwanie logistyczne. Bywa, że w trakcie jednego rajdu śpimy w trzech, czterech

czy nawet pięciu miejscach. A ja oprócz tego, że jestem kierowcą, pełnię także rolę szefa zespołu, co jak na profesjonalny sport jest nietypowe. To dla mnie wymagające zadanie, ale mam wokół siebie fantastycznych ludzi i jakoś przez ten trudny okres przeszliśmy. To była dobra szkoła, wiele się nauczyliśmy.

Ósmy tytuł w królewskiej kategorii WRC zdobył Sebastien Ogier, ale wygląda na to, że nadchodzi nowe rozdanie. Francuski mistrz rozstał się ze swoim pilotem, planuje starty w wybranych rajdach i myśli o wyścigach.

Sądzę, że i tak długo wytrzymał. Już wtedy, gdy rywalizował z Sebastienem Loebem, zdobywającym tytuł za tytułem, zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że ten chłop znajduje motywację. Starty w mistrzostwach świata wymagają pełnej dyspozycyjności. To obciążające psychicznie, zwłaszcza gdy masz rodzinę. Ogier nie jest oczywiście szefem zespołu, ale ma inne obowiązki zapisane w kontrakcie, takie jak testy nowych samochodów. Wielki szacunek, że utrzymał się tyle czasu na szczycie. Nie sądzę, by rozstawał się z rajdami na stałe. To pozytywny narkotyk i moim zdaniem będzie jeździł częściej, niż zapowiada.

Mówi się, że ta decyzja podyktowana jest też zbliżającą się rewolucją. Od przyszłego roku kierowcy WRC będą startować w autach hybrydowych...

Może Ogier ma sygnały, że Toyota nie da mu auta, którym będzie mógł walczyć o kolejny tytuł. Jego zespół może nie być tak mocny jak Ford, który pierwsze auta

ma zawsze bardzo szybkie. Toyota czy Hyundai, mając większe możliwości finansowe, bardziej się rozwijają, ale to Ford ma doświadczonych inżynierów, którzy za niewielkie pieniądze są w stanie przygotować bardzo dobry samochód. Na kolejne ewolucje potrzeba już dużych pieniędzy, a poprawki nie są tak znaczące. Tak jak w Formule 1, gdzie każdy kilogram zejścia z wagi kosztuje miliony euro. Ale wydaje mi się, że za decyzją Ogiera stoi głównie fakt, że nie jest w stanie poświęcać już rajdom tyle czasu.

Rajdy zmienią się nie do poznania?

Nie. Układ sił może się trochę zmienić, ale będzie to ekscytujące, gdy do inauguracji w Monte Carlo staną samochody hybrydowe, po których żaden z kibiców nie będzie wiedział, czego się spodziewać. To będzie z korzyścią dla rywalizacji i widowiska. Znów odwołam się do F1, gdzie lepiej ogląda się Hamiltona ścigającego się z Verstappenem niż ze swoim kolegą z Mercedesa Bottasem.

Wy pozostajecie przy klasycznym napędzie?

Moje plany nie są jeszcze skrystalizowane. WRC-3 znika, łączą ją z WRC-2. Będzie piekielna konkurencja, co jest kuszącą alternatywą. Ale wszystko to konsultuję z moimi sponsorami. Na pewno chcę dalej walczyć. Jeśli zostanę w WRC-2, będą to samochody tradycyjne. Ale paradoksalnie różnica między autami WRC a moim R5 nie będzie prawdopodobnie tak duża, jak w tym roku.

Wcześniej, bo już w przyszłym tygodniu, czeka pana powrót na Rajd Barbórka...

To wielkie rajdowe święto – dobrze zorganizowane, z fantastyczną atmosferą. Kolejne zwycięstwo jest istotne, ale najważniejsze są dla mnie spotkania z ludźmi. Raz w roku mam okazję podziękować im za wsparcie. Na ostatnich rundach w Hiszpanii, Grecji i we Włoszech było mnóstwo kibiców z Polski, co dodało mi skrzydeł. W Warszawie postaram się dla nich wygrać.

Jak na króla Karowej przystało. Szykuje pan coś specjalnego?

Szykuję niespodziankę dla rywali...

Organizatorzy zadbali o to, byście się nie nudzili. Honorowy start i otwarcie rywalizacji odbędzie się już w piątek wieczorem w Pruszkowie.

Świetna formuła. Zobaczymy, czy się sprawdzi. Biorąc pod uwagę, że organizuje ten rajd Automobilklub Polski, sądzę, że będzie dobrze. To ludzie z pasją i doświadczeniem, wiedzą, jak robić show, mają wsparcie miasta Warszawa. Kolejny dzień zmagań na pewno będzie znakomitą sprawą dla kibiców.

Atrakcją ma być podjazd krętym ślimakiem na najwyższy poziom centrum handlowego i techniczna sekcja na terenie wielopoziomowego parkingu. Pan w dawnych czasach lubił trenować na parkingach przed hipermarketami...

Jeździłem po nich maluszkiem i seicento. Można powiedzieć, że będzie to wspomnień czar.

„Przegląd Sportowy" chyba pospieszył się w tym roku z ogłoszeniem listy nominowanych w swoim plebiscycie...

Rzeczywiście, w zeszłym roku byłem trzeci w mistrzostwach świata i otrzymałem nominację, w tym roku zostałem wicemistrzem i na liście mnie nie ma. Ale z takimi rzeczami nie polemizuję. Decyzja należy do organizatorów.

Ja robię swoje, cały czas z uśmiechem na twarzy. Najważniejsze są dla mnie rajdy, czuję wsparcie kibiców, a plebiscyty są tylko miłym dodatkiem.

Rozumiem, że przez skromność nie wspomniał pan, że przed rokiem zajął czwarte miejsce, za Robertem Lewandowskim, Igą Świątek i Kamilem Stochem. To dowód na popularność rajdów w Polsce?

Myślę, że zmobilizowali się moi kibice i fani sportów samochodowych, bo przez długi czas nie było nikogo, kto reprezentowałby tę dyscyplinę. Kiedy pojawiła się osoba, która odnosi sukcesy i jest pozytywna, bo za takiego gościa się uważam, mogłem liczyć na tak duże wsparcie. Dla mnie to też było zaskoczenie. Nie wierzyłem, kiedy wywoływali na scenę kolejnych laureatów i okazało się, że jestem w pierwszej piątce.