Wiadomość o tym, że administracja Obamy zamierza podjąć z Moskwą poważne negocjacje w sprawie redukcji zbrojeń, trudno uznać za zaskakującą. Każdy, kto oglądał przed paroma tygodniami przesłuchanie kandydatki na sekretarz stanu Hillary Clinton przed Komisją Spraw Zagranicznych Senatu USA, musiał zauważyć, jak wiele miejsca poświęcali tej właśnie sprawie senatorowie obu partii. Chodzi między innymi o nierozprzestrzenianie broni masowego rażenia w dobie terroryzmu – co jest kwestią kluczową dla amerykańskiego bezpieczeństwa.

Równie ważna dla Waszyngtonu jest współpraca Moskwy w próbach powstrzymania irańskiego programu nuklearnego oraz pomoc w transporcie amerykańskich wojsk do Afganistanu. Jeśli Pentagon poważnie myśli o przetransportowaniu do tego ostatniego kraju w krótkim czasie 30 tysięcy żołnierzy wraz z zaopatrzeniem, to wobec niestabilnej sytuacji w Pakistanie musi polegać na współpracy Rosji i państw środkowoazjatyckich.

Wszystko to razem sprawia, że drażnienie Moskwy jest wybitnie nie na rękę administracji Obamy. A co za tym idzie – przyszłość tarczy antyrakietowej, której elementy rząd Busha z takim zapałem chciał rozmieszczać w Polsce i Czechach, nie rysuje się w zbyt jasnych barwach.Co prawda oficjalnie decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła, ale wydaje się, że jest ona przesądzona. Projekty w Polsce i Czechach zostaną najpewniej wstawione do przechowalni.

Ostatnią przeszkodę usunęła niedawno Rosja, oświadczając, że w geście dobrej woli odstępuje od decyzji rozmieszczenia rakiet Iskander u granic Polski. Moskwa i tak nie miała iskanderów, a Barack Obamai tak nie zamierzał spieszyć się z budową tarczy, ale w polityce liczą się pozory. „Wycofując” nieistniejące rakiety z Kaliningradu „w odpowiedzi na amerykańską gotowość do dialogu”, Rosjanie zestrzelili dwa cele jedną głowicą: stworzyli wrażenie siły na rynku wewnętrznym i otworzyli Obamie możliwość wyjścia z twarzą z tarczowego dylematu.

Prezydent USA ma dziś otwartą drogę do ogłoszenia, że wobec utrzymujących się wątpliwości co do sprawności systemu obrony rakietowej oraz ograniczeń budżetowych wywołanych kryzysem rozbudowa tarczy zostanie tymczasowo wstrzymana – na dwa, trzy, może więcej lat.

Co to wszystko oznacza dla polskich relacji z USA? Pewnie tyle, że nienaturalnie wysoka pozycja Polski na waszyngtońskich salonach władzy za czasów Busha – wywołana naszą przydatnością w wyprawie irackiej, a potem jako lokalizacji dla tarczy – przejdzie do historii. Wrócimy na nasze normalne miejsce: ważnego partnera regionalnego w niezbyt ważnym dla amerykańskich interesów regionie.

Ocieplenie w relacjach między Waszyngtonem a Moskwą samo w sobie nie jest dla nas złe, wręcz przeciwnie – tarcia między tą dwójką nie wychodzą nam na zdrowie. Istotne będzie jednak, czy wobec zbliżenia z Rosją rząd Obamy spróbuje udobruchać swych środkowoeuropejskich sojuszników – by nie mieli wrażenia, że kolejny raz Amerykanie wystrychnęli ich na dudka. Wyjątkowo tanim chwytem byłaby na przykład atrakcyjna medialnie obietnica rychłego zniesienia wiz dla Polaków.

Zgodnie z ustawą Kongresu nasz kraj tak czy owak spełni prawdopodobnie jeszcze w tym roku warunki przystąpienia do programu wizowego – bez specjalnych działań ze strony administracji. Poważniejszym gestem byłoby dotrzymanie obietnicy rozmieszczenia w Polsce baterii rakiet Patriot.

Z punktu widzenia amerykańskich interesów byłoby to posunięcie o wątpliwej korzyści – tym bardziej należałoby je docenić.

[ul][li][b][link=http://blog.rp.pl/gillert/2009/02/04/waszyngton-i-moskwa-coraz-blizej-tarcza-antyrakietowa-w-redzikowie/]Skomentuj na blogu[/link][/b][/li][/ul]