Reklama

Michał Przeperski: Andrzej Paczkowski, człowiek od faktów. Zmarł wielki historyk, ojciec wszystkich syntez

3 stycznia umarł prof. Andrzej Paczkowski. Odszedł człowiek, który potrafił jednocześnie trzymać się faktów jak poręczy na oblodzonym zejściu i mówić o nich tak, by czytelnik miał ochotę iść dalej. Jeszcze strona, jeszcze rozdział, jeszcze jedna rozmowa – wielkiego badacza wspomina historyk młodszego pokolenia, Michał Przeperski.

Publikacja: 06.01.2026 10:26

Andrzej Paczkowski (1938-2026)

Andrzej Paczkowski (1938-2026)

Foto: PAP/Andrzej Rybczyński

Poznałem go w 2011 r., przychodząc na otwarte czwartkowe seminaria do Instytutu Studiów Politycznych PAN. Był dla mnie legendą. Jego syntezę „Pół wieku dziejów Polski” przeczytałem z wypiekami na twarzy w podstawówce. Później przyszedł czas na biografię Stanisława Mikołajczyka, opracowania poświęcone historii prasy polskiej, wreszcie książki poświęcone stanowi wojennemu. Okazało się, że nie miał w sobie nic z pomnikowej pozy.

Reklama
Reklama

Było w nim coś zupełnie innego: umiejętność pracy w ciszy, cierpliwość, poczucie humoru oraz świadomość, że historia nie lubi łatwych odpowiedzi. Był naprawdę – by przywołać wywiad rzekę, jaki przeprowadził z nim Patryk Pleskot – człowiekiem umiarkowanym. Nie dlatego, że uciekał od sporów (wchodził w nie, gdy uważał, że to konieczne), lecz dlatego, że nie znosił czarno-białych klisz. Wolał kolor. I w tym kolorze próbował zmieścić polskie dzieje XX w.

Andrzej Paczkowski był badaczem dziejów prasy. Od czytelnika do społeczeństwa

Wielu traktowało dzieje prasy jako temat peryferyjny. Dla Paczkowskiego była ona jednak czymś więcej niż tylko zbiorem tytułów i nazwisk publicystów. Uparcie dowodził – i praktycznie pokazywał – że media to istotny element mechanizmu życia społecznego. Tak też je badał, tworzył totalną historię prasy. Widział ją nie jako dekorację do polityki, lecz jeden z jej silników. Jako instrument nowoczesności i barometr nastrojów zbiorowych.

Czytaj więcej

Nie żyje prof. Andrzej Paczkowski. Wybitny historyk miał 87 lat

W praktyce oznaczało to lata mozolnych kwerend i budowanie standardu, który potem stosował konsekwentnie. Już w pracy o prasie politycznej ruchu ludowego wprowadzał myślenie socjologiczne do historii czasopiśmiennictwa, a potem poszerzał perspektywę: od międzywojnia przez prasę polonijną po próby syntezy. Szczególne miejsce w jego dorobku zajęła „Czwarta władza” – systematyczny opis historii prasy w szerokiej, wręcz powszechnej skali. Pokazał w niej z jednej strony benedyktyńską cierpliwość badacza, z drugiej – instynkt opowiadacza.

Reklama
Reklama

Paczkowski umiał też wybierać tematy tak, by przez mikro pokazywać makro. W młodzieńczym zainteresowaniu prasą ludową szło w gruncie rzeczy o mechanikę demokracji, o to, jak polityka dociera na prowincję, jak język władzy i język zwykłych ludzi spotykają się – albo rozmijają – na łamach gazety. Stąd też po części późniejsze zainteresowanie Stanisławem Mikołajczykiem i PSL. „Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty” wydana w początkach III RP była nie tylko historią polityka, lecz dramatem przywódcy próbującego grać z systemem, w którym nie było szans na uczciwą rozgrywkę. Ten wątek – klęska realizmu, zwycięstwo przemocy – prowadził dalej: ku pytaniu, jak w Polsce zdobywano władzę po 1945 r. i jak ją cementowano.

Czytaj więcej

Rzecznik Muzeum Historii Polski o okrągłym stole: To dobra decyzja ponad podziałami

Przechodząc ku coraz nowszej historii, Paczkowski nie porzucał ambicji totalności. W książkach o PRL i o Solidarności stale wracał do pytania: jaki kształt miały instytucje? Jakie były kanały informacji? Jak wyglądała codzienność systemu? Tę metodę widać w jego szkicach o polskiej drodze przez socjalizm, w analizach protestów, strajków, manifestacji. Nie była to dla niego seria trudnych do pojęcia wybuchów, lecz stały rytm relacji państwo–społeczeństwo. Z kolei, gdy pisał o latach 1980–1982 w „Drodze do mniejszego zła”, interesowała go nie tylko dramaturgia wydarzeń na ulicy, lecz strategia gabinetowa: kalkulacje obozu władzy, logika aparatu, mechanika decyzji.

Prof. Andrzej Paczkowski, czyli ojciec wszystkich syntez

Cechą Paczkowskiego była umiejętność syntezy. I to nie tej jej odmiany, która bierze się z lenistwa, lecz tej wymagającej najcięższej pracy: umiejętności selekcji, hierarchizowania, sformułowania kluczowego zdania. To właśnie po mistrzowsku zaprezentował w „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989”, której pierwsze wydanie pojawiło się na księgarskich półkach w 1995 r. Książka zaczęła żyć własnym życiem, miała kolejne wydania, a dla wielu – w tym dla mnie – stała się pierwszą poważną mapą PRL. Nic dziwnego, że szybko pojawiły się przekłady: węgierski, czeski, chorwacki, wreszcie angielski, już w wersji przebudowanej, z myślą o globalnym odbiorcy. Jego praca stała się narzędziem rozumienia dziejów narodowych na całym świecie.

Jeśli zresztą szukać miary jego pozycji międzynarodowej, to warto przypomnieć o „Czarnej księdze komunizmu”, którą współtworzył razem ze Stéphanem Courtois, Nicolasem Werthem, Jean-Louisem Panné, Karelem Bartoškiem i Jean-Louisem Margolinem. W książce, wydanej z okazji 80. rocznicy rewolucji październikowej, gorąco dyskutowanej i przetłumaczonej na kilkanaście języków, Paczkowski stworzył syntezę przemocy obcej i własnej, jakiej z rąk komunistycznych doświadczyła Polska. Nie zgodził się przy tym na sztuczne wydzielenie zbrodni katyńskiej i uparł się, by ująć całość zagadnienia w jednym, spójnym obrazie.

Reklama
Reklama

Skłonność do syntezy współgrała z jego faktograficznym temperamentem. Sceptycznie patrzył na postmodernistyczne fajerwerki, stawiając przede wszystkim na pozytywistyczną rzetelność. Miał świadomość, że historii nie da się skodyfikować jak nauk przyrodniczych, bo nie jesteśmy w stanie objąć wszystkich narracji. A jednak obowiązek historyka widział w zbliżaniu się do prawdy, na ile to tylko możliwe. Największą trudność niesie zawsze odtwarzanie motywacji historycznych aktorów. Wiemy, co się stało i kto co powiedział, ale czy wiemy, dlaczego? Odpowiedź na to pytanie bywa zamknięta na głucho. I on miał świadomość granic własnej wiedzy.

Zarazem był daleki od nudziarstwa. Jego „Wojna polsko-jaruzelska” konsekwentnie odsłaniała paradoksy. Władza, która mówiła o obronie kraju, w rzeczywistości prowadziła wojnę z własnym społeczeństwem. Wielkie słowa, jak „porządek” czy „stabilizacja” przykrywały nagą brutalność. Wybrzmiewało to dzięki opowieści wciągającej jak thriller polityczny: terminy, decyzje, daty. To historia faktograficzna w najlepszym znaczeniu: żywa, znacząca. Podobnie zresztą w „Trzech twarzach Józefa Światły”. Skarpetki, garderoba, protokół rewizji – drobiazgi, które w rękach mniej uważnego autora byłyby śmiesznostką, u Paczkowskiego stały się narzędziem demitologizacji. Dla niego styl nie był ozdobą – był częścią warsztatu.

W cieniu teczek. Andrzej Paczkowski Czuł autentyczną radość z pracy w archiwum

„Nie przyjąłem żadnych proponowanych mi »posad« (…), wychodząc z założenia, że otwarcie archiwów jest dla historyka ważniejsze niż urzędolenie od ósmej do szesnastej w jakimś, nawet szacownym, urzędzie. Zresztą tak wielką »frajdę« sprawia mi siedzenie w archiwach, że chyba trudno byłoby znaleźć coś równoważnego” – pisał Paczkowski do Jerzego Giedroycia w 1990 r. Chyba żaden cytat nie pokazuje go lepiej jako badacza z krwi i kości, jako historyka, który nie tylko publikuje, ale i siedzi godzinami przy teczkach. Kopiuje, porządkuje, fiszkuje.

Czuł autentyczną radość z pracy w archiwum. Nic zatem dziwnego, że jeszcze w stanie wojennym współtworzył inicjatywę ratowania i opracowywania dokumentacji wytworzonej przez Solidarność. W 1983 r. był wśród współtworzących Archiwum Solidarności. Miał cierpliwość, zimną krew i wyobraźnię archiwisty. Miał też świadomość, że komunistyczne państwo może zetrzeć materialne ślady po Solidarności. Tę spuściznę udało się uratować, do 1990 r. w drugim obiegu ukazało się ponad dwadzieścia książek w serii firmowanej przez Archiwum Solidarności.

Po 1989 r. jego doświadczenie okazało się równie potrzebne, gdy państwo uczyło się instytucjonalnej pamięci. Sam burzył przeszkody na drodze do dostępu do dokumentów MSW i UOP. Pod koniec lat 90. odegrał fundamentalną rolę w narodzinach pionu naukowego Instytutu Pamięci Narodowej. To dzięki jego sugestii art. 53 ustawy o IPN został potraktowany rozszerzająco. Badania historyczne były bowiem początkowo jedynie narzędziem realizacji zadań IPN, a nie celem samym w sobie. Jako członek kolegium IPN w latach 1999–2011 i Rady IPN w latach 2011–2016 widział, jak historia zamienia się w ustawę, ustawa – w regulamin, a regulamin – w codzienną walkę o sens. Z dużym szacunkiem traktowałem to, że słuchał seminaryjnych czy konferencyjnych referatów młodszych koleżanek i kolegów. Wchodził w dyskusję, miał w sobie ciekawość naszych badań.

Reklama
Reklama

Nie zamykał się w wieży z kości słoniowej. Przeciwnie, był w samym środku sporów o pamięć. Teczki esbeckie traktował jak źródło: realne, ważne, ale nieświęte. Powtarzał, że dokumentacja resortowa jest prawdziwa o tyle, że dowodzi zainteresowania aparatu bezpieczeństwa. Nie oznacza to jednak automatycznie, że prawdą jest każda informacja, hipoteza czy opinia w nich umieszczona.

Góry, śmiech i dyscyplina

Ale gdyby zapytać, co Paczkowski cenił najbardziej, odpowiedź była jasna: góry. W 1955 r., gdy na dobre złapał bakcyla, wszystko inne zeszło na drugi plan. Studia, doktorat, habilitacja, może i cała kariera – najważniejsze było wspinanie, bycie w górach, bycie z przyjaciółmi. Paczkowski miał własny kompas: wiedział, że praca naukowa wymaga rygoru, ale życie nie może się wyłącznie w niej rozpuścić. Tego balansu i głębokiej mądrości będzie może brakować nam najbardziej. Z gór brał chyba coś jeszcze: styl chodzenia po świecie. Uważność na szczegół, niechęć do brawury, poczucie, że liczy się zespół. I ciepły, niewymuszony dystans do samego siebie.

Czytaj więcej

Polski himalaizm. „Trzeba iść dalej”

Patronował badaniom nad historią najnowszą naszego kraju, które bujnie rozwinęły się po 1989 r. Paczkowski wraz z m.in. Krystyną Kersten i Jerzym Holzerem inspirował dyskusje, przecierał szlaki, motywował do pracy. Szanował czytelnika. Mówił wprost, że unika ponurych, napuszonych otwarć i lubi zaczynać od zdania, które uchwyci uwagę odbiorcy. Nawet najbardziej naukowy tekst może bowiem być rozmową. Sam słuchał uważnie, odpowiadał spokojnie, bez agresji. Polemika z nim była kształcąca. Bez pozy, bez szumu. Często przy papierosie.

Widziałem w nim zawsze człowieka, który nie lubił koturnów, ale rozumiał dyscyplinę. Potrafił śmiać się z drobiazgów, ale nie żartował z prawdy. Wolał umiarkowanie od fanatyzmu, choć w kluczowych sprawach potrafił być jednoznaczny i nieprzejednany. Choć sam się nie wspinam, mam wrażenie, że po prostu miał w sobie coś z alpinisty: nie chodził na skróty, nie wchodził w ścianę bez asekuracji. Jeśli pogoda się zmieniała – umiał zawrócić.

Reklama
Reklama

W epoce, która domaga się szybkich wyroków, Paczkowski zostawił po sobie inną lekcję: że historia jest z natury skomplikowana i właśnie dlatego wymaga cierpliwości. Można ustalić fakty, odtworzyć przebieg zdarzeń, nazwać mechanizmy władzy – ale uczciwość historyka zaczyna się tam, gdzie kończy się pewność co do ludzkich motywacji. Ta granica nie jest słabością historii, jest jej etycznym fundamentem.

Autor

Michał Przeperski

Doktor historii, pracownik Instytutu Historii PAN oraz rzecznik prasowy Muzeum Historii Polski. Zajmuje się dziejami Polski i Europy Środkowej w XX wieku. Jest autorem m.in. wydanej w ubiegłym roku książki „Dziki Wschód. Transformacja po polsku 1986-1993” oraz głośnej pracy „Mieczysław F. Rakowski. Biografia polityczna”

Publicystyka
Jacek Czaputowicz: Polska sieje zamęt w sprawie pokoju na Ukrainie
Publicystyka
Jarosław Kuisz: Zmierzch polskiej miłości do Stanów Zjednoczonych
Publicystyka
Estera Flieger: Zachować spokój, nie wiedzieć i próbować
Publicystyka
Jan Zielonka: Życzenia noworoczne, bo niebezpiecznie zbliżamy się do krawędzi przepaści
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Polska nie może ulegać niebezpiecznej iluzji
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama