Kamil Sikora: Nowa (i prosta) Nadzieja

Program Mentzena jest zaprzeczeniem funkcjonowania współczesnego świata.

Publikacja: 26.07.2023 03:00

Program i przekaz Sławomira Mentzena (na zdjęciu) jest absolutnym zaprzeczaniem tego, jak wygląda i

Program i przekaz Sławomira Mentzena (na zdjęciu) jest absolutnym zaprzeczaniem tego, jak wygląda i funkcjonuje współczesny świat

Foto: PAP/Albert Zawada

Fenomen polityczny Konfederacji musi spędzać sen z powiek obu największym partiom politycznym w Polsce. Po zwasalizowaniu Suwerennej Polski, dzięki obietnicy znalezienia się Zbigniewa Ziobry i jego ludzi na listach wyborczych, to konfederaci stali się głównym zagrożeniem dla partii rządzącej, oskrzydlając prawą flankę obozu władzy. Z drugiej strony liderzy trzeciej siły politycznej w Polsce oferują zmęczonym wyborcom PO coś więcej niż tylko bycie anty-PiS.

Dopóki nie zaczniemy Konfederacji traktować poważnie, na czele z Nowogrodzką i Donaldem Tuskiem, tym większe będzie zdziwienie po jesiennych wyborach.

Paradoksem jest to, że program i przekaz Sławomira Mentzena jest absolutnym zaprzeczaniem tego, jak wygląda i funkcjonuje współczesny świat. Ostatnia rzecz, jaką można powiedzieć o naszej rzeczywistości, to to, że jest prosta. Proste recepty, formułowane przez lidera Nowej Nadziei, łatwo jest rozbroić, ba, wręcz wyśmiać, co pokazał Ryszard Petru.

Czytaj więcej

Łukasz Warzecha: Konfederacja zrzuca wianek

Drugim paradoksem jest to, że pomimo tego nierealnego i naiwnego programu wyborczego Konfederacja i tak rośnie w sondażach. Więcej, nie liczy się to, że politycy Konfederacji w bezpośredniej konfrontacji wyglądają jak dzieci we mgle – dla wyborców nie będzie to miało większego znaczenia w październiku. Dzisiaj liczą się tylko emocje, jakie wśród wyborców wzbudzają politycy i ich słowa, słowa, za którymi niekoniecznie idą czyny.

Fenomenu Konfederacji i jej sondażowych podbojów szukałbym w rozczarowaniu młodego pokolenia tym, co do zaoferowania ma obecny system polityczny. Skoro kapitalizm się nie sprawdził, to potrzebujemy trubokapitalizmu. Skoro państwo zawodzi, to potrzebujemy mniej państwa. Państwowa ochrona zdrowia nie funkcjonuje? Zorganizujmy prywatną ochronę zdrowia. ZUS to piramida finansowa? Zlikwidujmy i niech każdy oszczędza dla siebie.

W tej uproszczonej wizji świata Konfederacji nie ma miejsca na problemy zdrowotne, brak równych szans na starcie w życiu; liczy się indywidualizm do sześcianu, wszak każdy jest kowalem swojego losu, a chcącemu nie dzieje się krzywda. Paradoksalnie ta opowieść działa. Młodzi ludzie wiedzą, czują na własnej skórze, że państwo nie ma dla nich żadnej oferty. Ale zamiast szukać rozwiązań na poziomie instytucjonalnym, Konfederacja proponuje wycofanie się, państwo minimalne i ucieczkę w indywidualizm, który ma być gwarantem „domu, grilla, trawy, dwóch samochodów i wakacji dla pracującego Polaka”. Liberalizm do kwadratu, podlany sosem patriotyczno-konserwatywnym, ma być receptą na bolączki współczesności.

Czytaj więcej

Michał Płociński: Jarosław Kaczyński zaatakował Konfederację. Dlaczego właśnie teraz?

Oczywistym jest, że propozycja Konfederacji nie jest nowa – te same hasła przez ponad 30 lat niósł na sztandarach Janusz Korwin-Mikke. Wydaje się jednak, że potrzebowaliśmy odpowiedniego miejsca i czasu w historii, aby te propozycje znalazły podatny grunt (coraz większe poczucie osamotnienia i przekonania, że jednostka jest zdana tylko na siebie).

Tak jak podatki mają być proste i niskie, tak życie w Polsce w wizji Mentzena i Bosaka ma być proste i godne. Nowa nadzieja, którą głosi środowisko Konfederacji, pachnie świeżością i finezją – co bardziej zainteresowani czują podskórnie, że sprawa jest bardziej skomplikowana. Ale to wystarcza, aby na tle PiS i PO wyglądać jak odrzutowiec piątej generacji. Nawet jeśli propozycje Konfederacji są nierealne, to przynajmniej zwiastują zmianę – Mentzen i spółka jako jedyna siła polityczna wzbraniają się przed obiecywaniem kolejnych transferów socjalnych i zapowiadają ograniczenie wydatkowania budżetu na cele społeczne – dla młodego wyborcy to już jest gigantyczna zmiana.

Sukces Konfederacji pokazuje równocześnie skalę słabości III RP – wyborcy, szczególnie urodzeni po 1989 r. – widzą, że politycy nie myślą w kategoriach dobra wspólnego, co najwyżej dobra partyjnego. Państwo, budowane po przełomie transformacyjnym, jest słabe i niewydolne. Stąd partia, która otwarcie mówi, że indywidualizm, kapitalizm i liberalizm są jedyną nadzieją na godne życie, rośnie w sondażach i szokuje swoją skutecznością establishment. Na przejęcie władzy to jeszcze za mało, na polityczne trzęsienie ziemi po październikowych wyborach wystarczy w zupełności. Gdzie dwóch się bije, tam Konfederacja korzysta. Opowieść Mentzena daje ułudę nadziei – na tym etapie to dużo więcej, niż oferują inni.

Kamil Sikora

Autor jest politologiem i publicystą, pracownikiem Uniwersytetu Jagiellońskiego


Fenomen polityczny Konfederacji musi spędzać sen z powiek obu największym partiom politycznym w Polsce. Po zwasalizowaniu Suwerennej Polski, dzięki obietnicy znalezienia się Zbigniewa Ziobry i jego ludzi na listach wyborczych, to konfederaci stali się głównym zagrożeniem dla partii rządzącej, oskrzydlając prawą flankę obozu władzy. Z drugiej strony liderzy trzeciej siły politycznej w Polsce oferują zmęczonym wyborcom PO coś więcej niż tylko bycie anty-PiS.

Dopóki nie zaczniemy Konfederacji traktować poważnie, na czele z Nowogrodzką i Donaldem Tuskiem, tym większe będzie zdziwienie po jesiennych wyborach.

Pozostało 88% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Publicystyka
Jacek Nizinkiewicz: Kaczyński przyzna się do winy przyjmując Kowalskiego do PiS
Publicystyka
Wyborcza dezinformacja od kuchni. Węgierscy analitycy obnażają machinę Orbána
Publicystyka
Tomasz Krzyżak: Ofiary pedofilii czekają na ruch biskupów
Publicystyka
Estera Flieger: Donald Tusk czuje gniew. Śmierć żołnierza powinna postawić granicę polaryzacji
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży