Lektura wywiadu Jarosława Kaczyńskiego w „Sieciach” to rozrywka wielopoziomowa i o różnych odcieniach. W zależności od tego, który fragment czytamy i jaki jest nasz nastrój, reakcja waha się od rozbawienia w duchu niemal montypythonowskim, poprzez umiejętnie podsycane napięcie, aż po niedowierzanie i irytację.

Weźmy już same pytania – toż to właściwie godny oddzielnej uwagi wątek. Ot, choćby coś takiego: „Przekładając na konkret – co dziś znaczy »koniec tego dobrego« powiedziane wobec grającej bezprawnie, bezczelnie łamiącej traktaty unijne, używającej szantaży Komisji Europejskiej?”. Jeśli ktoś chciałby, żeby dziennikarze byli nadal dziennikarzami i nie pasuje mu ich funkcjonowanie jako nieformalnych rzeczników tej czy innej strony, to może się zirytować. Ale przecież w gruncie rzeczy to namolne wazeliniarstwo jest nawet dość zabawne.

To jednak sprawa poboczna. Ważniejszy jest wątek, który wywołał największe poruszenie, dotyczący relacji Polski z Unią Europejską, a przy okazji – z Niemcami. Kwestia jest złożona i pozostawienie jej na poziomie kpin z gróźb Jarosława „Dość Tego” Kaczyńskiego jej nie wyczerpuje. Prezes PiS mówi bowiem jednak także o faktach. Propozycja Olafa Scholza, zakładająca całkowite odejście od jednomyślności w Radzie UE, a więc praktyczną federalizację UE, takim faktem jest i jest to droga bardzo dla Polski groźna, by nie powiedzieć więcej. Podobnie faktem jest, że Komisja Europejska używa narzędzi, jakie w ostatnich latach otrzymała, do naciskania na Polskę, w tym poprzez finanse. I tu także całkowicie zasadne jest pytanie, po jakie jeszcze tematy KE może sięgnąć, żeby wymóc na nas zgodę na daleko idące zmiany, być może w dziedzinach, które miały być sferą naszej wyłącznej suwerenności.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Nowogrodzkologia stosowana, czyli Morawiecki przetrwa albo nie

Problem z wypowiedzią Kaczyńskiego na te tematy leży w tym, że pan prezes udaje, iż nie dostrzega – a usłużny dziennikarz oczywiście nawet półsłówkiem nie przypomina – że te narzędzia Komisji Europejskiej dał do ręki rząd PiS i sam Mateusz Morawiecki. W pewnym miejscu prezes Kaczyński sugeruje (nie pada to wprost, ale nietrudno zrozumieć, o co chodzi), że w ramach swoistych retorsji za niewypłacanie Polsce pieniędzy nasz kraj ograniczy swój udział w polityce klimatycznej UE, bo jest ona uciążliwa dla polskich obywateli. Co do tego ostatniego – pełna zgoda, co piszę jako stanowczy jej krytyk od lat. Tylko że na tę politykę zgodził się rząd PiS, potem pan premier zgodził się jeszcze na jej zaostrzenie, a teraz nagle Jarosław Kaczyński odkrywa, że ona jest niekorzystna dla obywateli?

Podobnie rząd PiS zgodził się na KPO, w którym – trzeba to przypominać – kwestie sądownictwa to jedynie trzy z kilkuset warunków. A my nadal od rządzących nie dowiedzieliśmy się, kto jest autorem których kamieni milowych, na jakim etapie jest ich realizacja ani co z tymi budzącymi największe kontrowersje. Wycofanie się z KPO da nam teraz najwyżej tyle, że nie dostaniemy pieniędzy, ale zobowiązania związane z uczestnictwem w planie odbudowy i odtwarzania odporności przecież wciąż na nas będą ciążyły.

I jeszcze jedno: gdy Michał Karnowski usłużnie podsuwał porównanie obrzucenia jajkami auta pana prezesa do obrzucenia kamieniami samochodu z ks. Jerzym Popiełuszką jeszcze przed porwaniem go przez SB, mógł mieć chwilowe zaćmienie umysłu. Ale ktoś to jednak potem czytał, autoryzował. Uznanie, że to znakomite zestawienie i należy jej w wywiadzie pozostawić, wiele mówi o kondycji intelektualnej oraz etycznej obecnej władzy i jej medialnych akolitów.

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”