Przypomnijmy kontekst – przed placówką Straży Granicznej w Michałowie pojawiła się grupa ok. 20 imigrantów. Wśród nich ośmioro dzieci. Grupa ta przekroczyła granicę nielegalnie, więc Straż Graniczna – co sama potwierdza – zastosowała wobec niej tzw. procedurę push-backu (wypchnięcia), czyli przewiozła ich z powrotem na linię graniczną i tam pozostawiła. Wszystko to – rzecz jasna – w szczytnym celu obrony naszej granicy.

Pytanie tylko czy chroniąc granicę w tak bezwzględny sposób nie zatracamy sensu naszych własnych działań. Aleksander Łukaszenko wykorzystuje imigrantów do wywierania presji na UE – to oczywiste. Możemy to nazywać wywoływaniem kryzysu imigracyjnego, możemy nazywać wojną hybrydową – faktem jest, że imigranci są przez reżim w Mińsku traktowani przedmiotowo, jak pionki na szachownicy. Polska i Unia Europejska chronią granic nie przed jednym czy drugim imigrantem, ale właśnie przed tą strategią, która jest nie tylko wroga wobec nich, ale również sprzeczna z wartościami, którym demokratyczna Europa hołduje.

Czytaj więcej

Amnesty International: Polska bezprawnie przepycha imigrantów na Białoruś

Zabrnęliśmy w tym wszystkim za daleko

Musi pojawić się jednak refleksja, jak daleko jesteśmy w stanie w tych działaniach zabrnąć. Postawiliśmy ogrodzenia na granicy, mówi się o murze – w porządku, można zrozumieć, że będzie to widoczny sygnał tego, iż jesteśmy zdeterminowani, by bronić granicy. Nie wpuściliśmy imigrantów koczujących tygodniami w Usnarzu – trochę mniej w porządku, ale można przyjąć argumenty rządu, że nie chcemy stwarzać precedensu, tak aby za chwilę nie mieć na granicy wielu takich obozów w Usnarzu. Wprowadziliśmy stan wyjątkowy na granicy – w porządku, choć dobrze by było, aby rząd wyjaśnił w jaki sposób ma on pomóc w rozwiązaniu kryzysu, skoro można odnieść wrażenie, iż od momentu wprowadzenia stanu nadzwyczajnego kryzys tylko się nasilił. Ale gdy dochodzimy do momentu gdy – mówiąc wzniosłe słowa o ochronie granic Rzeczypospolitej – chronimy ją przed ośmiorgiem dzieci wywożąc je na granicę i porzucając tam w imię tego, że mamy takie prawo, to zabrnęliśmy w tym wszystkim za daleko.

Akt miłosierdzia nie jest oznaką słabości lecz siły – a akt miłosierdzia wobec dziecka jest czymś tak naturalnym, że aż trudno zrozumieć, że w XXI wieku, w kraju Zjednoczonej Europy, trzeba o tym pisać. Gdybyśmy udzielili schronienia tej dwudziestce imigrantów, zapewnili – choćby tymczasowy – dach nad głową dzieciom, bezpieczeństwo naszego kraju nie zmniejszyłoby się. Co więcej – pokazalibyśmy na czym polega różnica między nami a Łukaszenką. On nie waha się wykorzystywać do swojej gry dzieci – my mówimy: non possumus. Będziemy twardzi, ale będziemy ludzcy. Bronimy bowiem nie tylko fizycznej granicy – kawałka ziemi w środku Europy, ale też świata wartości, które reżimowi w Mińsku są obce. Wartości, które nie pozwalają porzucić dziecka na granicy, nawet jeśli mamy do tego prawo.

Zamiast tego słyszymy szefa BBN, który pytany o dzieci odpowiada, że „procedury dotyczą wszystkich nielegalnych migrantów”. I okazuje się, że dzieci wykorzystujemy do tej samej gry, w którą gra Łukaszenko – pokazujemy mu, że rozumiemy jej reguły i potrafimy być równie bezwzględni jak Łukaszenko.

Tylko to nieznośne pytanie w tyle głowy: czego wówczas tak naprawdę bronimy?