Nie wyjdziesz teraz na dwór, bo nie odrobiłeś lekcji" – mówi matka do nastolatka.

„Mamo, jeśli pójdę na godzinkę pojeździć na desce, dotlenię się i odprężę, to potem praca pójdzie mi łatwiej" – odpowiada dziecko. Matka może się zgodzić albo nie, ale argumentacji dziecka nie można odmówić słuszności. Decyzja, jaką podejmie, zależy od kontekstu, wcześniejszych doświadczeń, metod wychowawczych. W każdym razie tak argumentujące dziecko jest partnerem do rozmowy.

Ale może się też zdarzyć, że dziecko zacznie się histerycznie drzeć: „Nienawidzę cię! Torturujesz mnie! To jest więzienie! Zabiję się!". W takiej sytuacji bez wątpienia żadna rozmowa możliwa nie jest.

W sprawie osób, które nielegalnie próbowały przekroczyć granicę Białorusi z Polską, lewicowy komentariat oraz część polityków zachowują się jak rozhisteryzowane dziecko. Rozmowa nie jest w tych warunkach możliwa.

Można by, owszem, zastanawiać się, jak najskuteczniej rozwiązać kryzys, jak nie dać się rozgrywać Łukaszence, jak zapobiec większej inwazji na polskie granice oraz jak najlepiej ich pilnować. Można krytykować polski rząd za nieprzygotowanie granicy lub za niedostateczne jej dopilnowanie. Można rozważać, w jaki sposób wypełniać zalecenia Episkopatu ogłoszone w komunikacie i dotyczące postępowania wobec migrantów (nawiasem mówiąc, komunikat brnie w infantylny sentymentalizm i sprawia wrażenie mocno oderwanego od rzeczywistości, na przykład gdy mówi o tym, że imigranci mają wnosić wkład w „budowanie społeczeństwa obywatelskiego", podczas gdy dla ludzi z innych kręgów kulturowych jest całkowicie niezrozumiałe i kompletnie im obce).

Jednak uderzanie w tony histeryczne, porównywanie funkcjonariuszy Straży Granicznej do SS, nazywanie żołnierzy „watahą psów", absurdalne poszerzanie pojęcia tortur, pisanie, że Władysław Frasyniuk słusznie się wk...wił („Gazeta Wyborcza") albo że żołnierze powinni odmówić wykonywania „przestępczych rozkazów" (tamże) – wszystko to reakcje praktycznie wykluczające jakąkolwiek debatę.

Za dość oczywiste stwierdzenie wygłoszone w „Loży Prasowej", że polityka bezpieczeństwa państwa nie ma być moralna, a tym bardziej sentymentalna, ale przede wszystkim skuteczna, doczekałem się już wyzwisk w sieci. Jestem ksenofobem oraz faszystą.

Wszystko to każe postawić pytanie, jak wyglądałaby ochrona polskich granic – czy bardziej ogólnie, polityka imigracyjna – gdyby zależało to od wspomnianego lewicowego komentariatu i części opozycji. Mielibyśmy wpuszczać każdego, o nic nie pytając i niczego nie weryfikując? Mielibyśmy od razu pozamieniać wszystkie stadiony na obozy dla cudzoziemców? Ale może trzymanie ich zamkniętych na takim stadionie to również „tortury"? Może po prostu otworzyć granice na wschodzie i postawić tam panów Szczerbę, Frasyniuka oraz panią Jachirę z wielkimi plakatami „Refugees welcome!"? Co państwo proponują w sytuacji, gdy konsekwencją musiałoby być pojawienie się w Polsce tysięcy imigrantów?

Chętnie bym się tego dowiedział, ale na razie słyszę jedynie histeryczne wrzaski.

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”