"Rzeczpospolita": Na piątek został zaplanowany strajk załogi Ryanaira. Rok temu zniknęła linia Air Berlin. Dlaczego tanie linie mają kłopoty?

Kłopoty to za duże słowo. Ryanair wciąż świetnie sobie radzi, ma ogromne zyski. Dawniej podobne problemy miały m.in. Air France i Lufthansa, gdzie strajki trwały kilkanaście dni. Ale ostatecznie udało się porozumieć z załogą. Tak też będzie w przypadku Ryanaira.

Od czasu do czasu w mediach słychać głosy o schyłku ery tanich linii.

W mediach często się zapomina, że piloci, tak samo jak kontrolerzy lotów, to specyficzna grupa zawodowa. Jedyna, która jest w stanie tak wielką branżę złapać za gardło. Z resztą załogi przewoźnik łatwo może się porozumieć. A z nimi nie, bo nie ma ich kim zastąpić. Przypomnę, że kilka dekad temu podczas strajków kontrolerów lotów w USA jedyną metodą wyjścia z sytuacji, jaką znalazł Ronald Reagan, było zakucie kontrolerów w kajdanki.

Sugeruje pan, że strajki są na wyrost?

To musi być wyważone. Z jednej strony związki zawodowe muszą zrozumieć, że ich zarobki przekładają się na ceny biletów. W USA przed zmianami w tamtejszym lotnictwie były linie, np. United, gdzie pilotom największych samolotów, Boeing 747, płacono rocznie milion dolarów. Takie zarobki muszą wpłynąć na ceny. Z drugiej strony pra- codawca nie może nadużywać czy omijać przepisów prawa pracy, jak w przypadku Ryanaira, który w końcu pójdzie na ustępstwa, ale na razie broni się rękami i nogami, aby nie było ich zbyt wiele.

Strajki tanich linii to szansa dla tradycyjnych przewoźników?

Nie, one mają swoich klientów, tanie linie – swoich. To kwestia wyboru. To trochę tak jak z samochodami: jedni chcą mercedesa, a inni, których na niego nie stać, jeżdżą tańszymi modelami. Tak samo na rynku lotniczym – jest miejsce zarówno na tanie, jak i na droższe linie.