Przez media przetacza się fala krytyki sądów, które łamią podstawowe wolności dziennikarskie. Jerzy Jachowicz, publicysta "Uważam Rze" na łamach "SE" ironizuje:
Uważam te opinie za fałszywe. I szkodliwe. Wymienię tylko najważniejsze korzyści, jakie odnoszą dziennikarze w zetknięciu się z sądami. Po pierwsze, oskarżeni dziennikarze poznają bliżej sędziów, adwokatów, prokuratorów.
Kontakty z tymi ludźmi szalenie rozwijają. Sądy uczą punktualności. Koncentracji - w czasie odczytywania oskarżenia i wyroku. Opanowania - kiedy sąd odrzuca kolejne pytanie dziennikarza do oskarżyciela, uważając, że pytanie nie ma znaczenia, bo wyrok jest ustalony. Cierpliwości. Cecha niezbędna w zawodzie dziennikarza. Jeden z moich procesów - o ujawnienie tajemnicy państwowej - toczył się ponad 12 lat. W ciągu tego czasu przeciętnie kilkanaście razy w roku spędzałem całe dnie na ławie oskarżonych.
Jachowicz przytacza pewną historię:
Pod koniec lat 90., pracowałem wówczas w "Wyborczej", miałem tyle procesów jednocześnie, że przypominałem krwawiącego żubra, otoczonego przez stado wygłodniałych wilków. Mimo to nie poddawałem się. Ktoś z szefostwa redakcji wpadł na pomysł, żeby wozić mnie po całej Polsce w dużej szklanej skrzyni i pokazywać jako okaz walczącego do ostatniej kropli krwi dziennikarza. Sprawa rozbiła się o moją klaustrofobię.
Sądy niekiedy budują silne więzy w świecie mediów. Podczas jednej z demonstracji w obronie kolegów dziennikarzy było akurat chłodno. Jakaś para się przytuliła, aby się nieco ogrzać. I tak im zostało. Siedząc na ławie oskarżonych, poznajemy dokładnie prawo. Najlepiej, jak wiadomo, uczy się człowiek na własnej skórze. Art. 212, jako skazanemu z tego przepisu, wbił mi się w pamięć do końca życia. Ponieważ mój obrońca zwrócił się o ułaskawienie mnie, może o moim istnieniu dowie się nawet sam pan prezydent.
Zgadzamy się z Jerzym Jachowiczem, że obserwując wyroki polskich sądów można odnieść wrażenie, że Temida jest nie tylko ślepa, ale i głucha na sensowne argumenty.