- Jak człowiek mówi prawdę i jest niewinny, to nie powinien się o nic martwić. Na szczęście w Polsce wyroki zapadają w sądach, a nie w prokuraturze - mówi w rozmowie z Onetem Misiewicz, którego czeka sprawa sądowa w związku z zarzutami m.in. zawierania fikcyjnych umów na niekorzyść spółki PGZ oraz płatnej protekcji.
O oskarżeniu przez prokuraturę Misiewicz mówi, że "sprawa jest dziwna". Podkreśla, że pracując w MON "nie miał nad PGZ żadnego nadzoru".
- Nigdy nie zawarłem żadnej umowy w ramach PGZ - deklaruje.
Na pytanie, dlaczego był promowany przez Macierewicza, Misiewicz odpowiada, że "każde powierzone mu zadanie starał się wykonywać tak, jak należy". - Szczególnie dumny jestem ze swojej pracy przy wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej, ujawnieniu, że za wyłudzeniami w SKOK Wołomin stali ludzie związani z dawnymi WSI i z wykonania polecenia ministra, który ustanowił mnie Pełnomocnikiem MON ds. utworzenia Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO - wylicza.
Misiewicz ubolewa też, ze "media nie grały z nim fair i robiły z niego największego degenerata w kraju". - Moim błędem było to, że z tym nie walczyłem, nie wysyłałem pozwów mediom, które pisały bzdury. Dziś po pięciomiesięcznym czasie refleksji mam zamiar zacząć się bronić przed tymi skandalicznymi oszczerstwami - zapowiada.
Były rzecznik MON w rozmowie z Onetem dziękuje też zespołowi Rzecznika Praw Obywatelskich, który "ponadpolitycznie stanął w obronie moich podstawowych praw konstytucyjnych". - Prokuratura do ostatniego momentu robiła wszystko, aby uniemożliwić mi opuszczenie aresztu, mimo decyzji sądu. Doszło wręcz do bezprecedensowej sytuacji: przez pewien czas stosowano wobec mnie zarówno areszt, jak i poręczenie majątkowe. Mój tata wpłacił wymaganą, decyzją sądu, kaucję 100 tys. zł, a prokurator odmawiał mojego zwolnienia z aresztu. To było niezgodne z prawem. Rzecznik Praw Obywatelskich objął to śledztwo swego rodzaju kuratelą. Zainterweniował. Bez jego pomocy i bez wsparcia moich prawników zapewne nie byłbym dziś na wolności - wyjaśnia.
O swoim pobycie w areszcie Misiewicz mówi, że "było to traumatyczne przeżycie". - 23 godziny na dobę przebywałem sam ze sobą, w celi dwa na trzy metry - wspomina. - Byłem izolowany ze względów bezpieczeństwa - dodaje.
- Bardzo pomogło mi to, że zbliżyłem się do Boga. W ogóle w więzieniu jest tak, że albo ktoś się zbliża do Boga, albo ostatecznie od Niego oddala. Bo albo czerpie się siłę z wiary, albo całkowicie traci się nadzieję. Ja się modliłem codziennie i dziś też tak robię. Nauczyłem się dostrzegać i dziękować za naprawdę małe rzeczy. Nie będę zgrywał twardziela - miałem wiele kryzysów i słabszych momentów. To jest trudne doświadczenie - mówi Misiewicz.
Pytany o swoje plany Misiewicz podkreśla, że chce "dowieść niewinności, jak najszybciej", a następnie "skończyć studia. Ożenić się, założyć rodzinę. Żyć". Dodaje, że nie myśli o powrocie do polityki. - Chciałbym skupić się na czymś innym, poszukać nowej pracy, założyć rodzinę. Ja naprawdę w tym areszcie przewartościowałem swoje życie - tłumaczy.