„Odzyskajmy Kraków" to pana hasło w materiałach kampanijnych. Co to znaczy?
Występuję w tych wyborach w roli mieszkańca miasta, obywatela, który jest zawiedziony tym, co się dzieje. I nie tylko tym, co działo się przez ostatnie dwa lata rządów Aleksandra Miszalskiego, ale tym, że w zasadzie nie tylko w Krakowie, bo w województwie oraz w całej Polsce mamy pozorny wybór – przez ostatnie 20 lat między kandydatami PiS-u i Platformy. Jako obywatel chciałbym odzyskać Kraków. Chciałbym być przedstawicielem tej grupy, która ma poczucie, że straciliśmy kontrolę nad naszym miastem, że demokracja w Krakowie nie działa. Że przez 20 lat byliśmy łudzeni wizjami naprawy tego miasta, a w gruncie rzeczy to, co się dzieje w Krakowie, to ogromna siatka powiązań i interesów.
20 lat? Jacek Majchrowski nie był ani z Platformy, ani z PiS-u.
Ale był z lewicy, prawda? Później przybrał inne barwy. Natomiast nie chciałbym, żeby teraz Kraków wpadł w ręce PiS-u. To nie jest moment na to, żeby PiS przejmował władzę w Krakowie. To będzie dokładnie to samo. PiS, który jeszcze przed referendum mówił, że w Krakowie panuje ogromne kolesiostwo. Popatrzmy na to, co się dzieje w województwie – mógłbym wymienić z 50 kolesi PiS-owskich zasiadających w różnych spółkach, spółeczkach, instytucjach. Oni nie zrobią nic. Trzeba odzyskać władzę nad wszystkimi instytucjami, zabrać ją z rąk tych kolesi, którzy obsiedli jak ośmiornica całe miasto.
To są bardziej wybory, w których chodzi o Kraków czy wybory ogólnopolskie?
Chciałbym, żeby to były wybory przede wszystkim o Krakowie. Nie chciałbym, żeby zamieniły się w arenę zmagań centralnych, czyli wojnę między partiami politycznymi – bo w Krakowie chyba nie o to chodzi. A z drugiej strony, nie chciałbym, żeby stały się areną cyrkową. Do Krakowa zjeżdżają wszelkiej maści ludzie, którzy z Krakowem mają tyle wspólnego, co ja z Lipskiem. Może nawet nigdy tu nie byli. Nie chciałbym więc ani typowej wojenki politycznej, jaką mamy w Warszawie, ani miejsca, gdzie można wypromować swoje nazwisko, przyjeżdżając z Warszawy czy Radomia.
Czytaj więcej
Politycy nie mają „wychodzić do ludu”. Ludzie nas wybrali – nasza praca to reprezentować ich sprawy, rozwiązywać problemy – mówi nam Aleksandra Owc...
Ale pan sam widzi te wybory jako rywalizację z PiS-em. Zaczął pan od PiS-u.
Wszyscy widzą, że PiS i jego formuła istnienia dobiegają końca. Widać, jak bardzo PiS jest podzielony na szczeblu centralnym. A tu, w Małopolsce, w Krakowie, jest podzielony jeszcze bardziej – na frakcje, podfrakcje. To są ostatnie momenty PiS-u. Chciałbym przyspieszyć ich agonię polityczną. Być może Kraków będzie tym punktem zwrotnym, że ostatecznie pożegnamy się z PiS-em.
Nie za buńczucznie? PiS jest podzielony, ale ma struktury, zasoby, subwencję, zbiórki, wspierające go projekty medialne. Była już też kiedyś książka „Koniec PiS-u" – i się nie sprawdziła.
Już miał być koniec Platformy, gdy pojawiła się Nowoczesna. Pamiętam, rzeczywiście – te wszystkie pseudopunkty zwrotne.
To co sprawia, że mówi Pan o planach tak dalekosiężnych?
Przyszedłem do polityki, żeby coś w końcu się zmieniło. Odkąd pamiętam, funkcjonowały trzy, może cztery partie – i zawsze od dwudziestu lat szliśmy do wyborów z opcjami: albo głosujemy na PiS, albo na Platformę. Mam już tego dosyć. Uważam, że nadszedł czas, w którym te dwie partie totalnie straciły aktualność. Ich formuły się wyczerpały, w szczególności formuła PiS-u. PiS nie ma żadnego pomysłu. Chce powielać to, co robi Platforma, tylko ze swoimi ludźmi. To nie będzie żadna zmiana, żaden powiew świeżości – to będzie dokładnie to samo, tylko z ludźmi PiS-u.
Był pan szefem sztabu kampanii Sławomira Mentzena w 2025 r., myśli pan zapewne kategoriami celów, korporacyjnych KPI. Jaki jest pana KPI na Kraków? 10 procent? Zwycięstwo nad Michałem Drewnickim z PiS? Druga tura?
Dla mnie celem minimum jest druga tura. Mówię zupełnie szczerze: spróbuję poprowadzić tę kampanię tak, żeby wejść do drugiej tury. Zrobię wszystko, żeby się udało – na ile ocenią to wyborcy, to się okaże. Na pewno nie będę odmawiał pracy. Chcę iść tropem tego, co zrobiliśmy w kampanii prezydenckiej, tylko w mniejszej skali.
Niektórzy w Krakowie mówią mi – chodzi o tych, którzy widzieli Pana pre-kampanię w „terenie”, że to nieuczciwe: prowadzenie kampanii, gdy nie ma ogłoszonych wyborów.
To jest prekampania, nic zabronionego prawnie. Absolutnie nie łamię prawa. To samo robiliśmy ze Sławomirem Mentzenem – kampanię rozpoczęliśmy 31 sierpnia 2024 r., a formalnie zaczęła się w styczniu 2025 r.. Każdy może korzystać z tej formy agitacji, każdy może budować rozpoznawalność. Niesprawiedliwe byłoby, gdybym ja to robił, a reszta kandydatów miała zakaz. A przecież Michał Drewnicki działa, pani Monika Piątkowska goni po sklepach i kawiarniach, udowadniając, że jest z Krakowa, Aleksandra Owca też coś robi. Trwa już prewyścig, nie widzę w tym nic złego.
Ale w 2024 r. było jasne, że wybory prezydenckie będą wiosną następnego. Tu jest inaczej: nie wiadomo, kiedy rozpocznie się kampania, bo nie wiadomo, kiedy będą wybory. Nie pamiętam takiej sytuacji, a chodzi o drugie największe miasto w Polsce. Kiedy w ogóle będą pana wybory w Krakowie?
Donald Tusk zapowiedział, że będą we wrześniu, więc postaram się uwierzyć Donaldowi Tuskowi, że w końcu nie kłamie. Oczywiście, śmieję się – nie wiem, kiedy będą te wybory. To jest zupełnie niepoważne. Ktoś korzysta niewątpliwie z luki w prawie. Krakowianie zbierają najpierw 130 tysięcy podpisów, idą do referendum w liczbie ponad 170 tysięcy osób i odwołują prezydenta – po czym co robi rząd demokratyczny? Wprowadza na stanowisko komisarza człowieka, który był jednym z wiceprezydentów i został odwołany razem z prezydentem.
Wyborcy w Krakowie się tym interesują? Czuje pan emocje wokół tego?
Tak. Wczoraj od co drugiego rozmówcy słyszałem ze śmiechem: „A kiedy będą te wybory? Nie myśli pan, że oni już przesadzają?". Mam poczucie, że premier Tusk niestety zawiesił w Krakowie demokrację. Jest przekonanie, że coś tu jest nie tak. Jeżeli przegną, będą mieli z tego tytułu kłopoty, bo to odbije się na kandydatce Platformy Obywatelskiej.
W kampanii referendalnej były cztery główne sfery: strefa czystego transportu, komunikacja, polityka kadrowa w magistracie i finanse miasta. W tle – pytanie o rozwój. Na co Kraków ma postawić, zwłaszcza w dobie nagłówków o zwolnieniach w korporacjach?
Te zwolnienia dolały oliwy do ognia referendalnego. Krakowianie dostrzegli, że dwudziestoletni okres spokojnego, pewnego życia i pracy w korporacji się kończy. Że nie zatrzymamy świata, że pewne procesy są kompletnie od nich niezależne – i że ktoś o nich przestał dbać. Skończyła się pewna era. Zachodnie korporacje zaczęły przenosić procesy za granicę – do Egiptu, Indii, Pakistanu, bo tam jest taniej. To normalne, tego nie zatrzymamy. Ale nie zrobiono kroku wyprzedzającego – nie zaproponowano Krakowowi czegoś więcej. Nie zaczęto w pełni korzystać z potencjału krakowskich uczelni. Mamy UJ, AGH, Politechnikę, Uniwersytet Ekonomiczny. Studentów kończących te uczelnie jest bardzo dużo, a oni od lat słyszą, że prawdziwa przyszłość czeka na nich w Warszawie, Berlinie, Londynie czy Nowym Jorku. To gigantyczny błąd. Miasto zbyt mało współpracuje z uczelniami, nie tworzy pola do tego, żeby przedsiębiorcy inwestowali w uczelniane start-upy, tak zwane spin-offy – wydzieloną, komercjalizowaną część działalności uczelni, z której korzyści czerpią obie strony. Nie postawiliśmy na sztuczną inteligencję, cyberbezpieczeństwo, technologie medyczne, mikroprocesory – na biznes, który ma tu zostać. Stawialiśmy na biznes przejściowy.
Co pan powie ludziom z tych krakowskich korporacji? Co im pan gwarantuje jako kandydat spoza duopolu, ale jednak też bez doświadczenia samorządowego?
Mogę gwarantować jedynie to, że będę uczciwy i przejrzysty i że zrobię wszystko, żeby to miasto wyprowadzić na prostą. Co mi się uda – tego nie wiem. Nie będę obiecywał gruszek na wierzbie – z kilku powodów. Po pierwsze, nie mam Rady Miasta – ona będzie platformerska przez najbliższe dwa lata. Po drugie, może być szereg uwarunkowań, które wywrócą moje propozycje. Po trzecie, w kasie miasta jest gigantyczne zadłużenie, relatywnie największe w całej Polsce. To nie jest czas na górnolotne obietnice. To jest czas zaciskania pasa.
Pierwsza decyzja, którą podejmie pan jako prezydent Krakowa?
Poproszę Radę Miasta o obniżenie mojego wynagrodzenia do minimalnego, jakiego tylko się da – mojego i moich wiceprezydentów. Jeżeli mamy zacząć oszczędzać, zaczynamy od samych siebie. Potem gruntowny audyt zatrudnienia w magistracie i w spółkach samorządowych. Patrzymy, kto siedzi w zarządach, kto w radach nadzorczych, kto obsiadł wszystkie instytucje. Ludzi z nadania politycznego, wobec których nie rozstrzygnięto uczciwego konkursu, wywalamy.
Co postawiłby pan władzy centralnej jako zadanie legislacyjne dla Krakowa i samorządu? Najem krótkoterminowy, opłata turystyczna, transport?
Powiem szczerze: jako Konfederacja przez lata podchodziliśmy do nowych podatków jako przeciwnicy. Ale zacząłem się zastanawiać, czy opłata turystyczna to na pewno nowy podatek. Kraków odwiedza około 8 milionów turystów z noclegiem. Jaką korzyść czerpie z tego miasto? PIT i CIT od przedsiębiorców, którzy na tym zarabiają – częściowo zostają u nas. Ale my ponosimy gigantyczne koszty: komunikacji zbiorowej, z której korzystają turyści, sprzątania ulic, bezpieczeństwa – sama Straż Miejska to 100 milionów rocznie – utrzymania muzeów i zabytków. Dlaczego turyści mają za to nie płacić? To są koszty, które ponosimy, i uważam, że powinni nam je rekompensować.
Wielu mieszkańców ma poczucie, że straciło Kraków na rzecz turystów. Ma pan pomysł, jak turystyfikację jeśli nie zatrzymać, to ucywilizować? Może przez regulację najmu krótkoterminowego?
Nie zakazywałbym najmu krótkoterminowego – zacząłbym od egzekwowania prawa. Mam wrażenie, że wszyscy zabieramy się za najem krótkoterminowy i zaraz wylejemy dziecko z kąpielą. Trzeba go uregulować – krakowianie za ścianą nie mogą codziennie znosić libacji alkoholowej, rozumiem ich brak komfortu, mnie też by to denerwowało. Ale zacznijmy od przestrzegania prawa. Co do turystyki: Kraków niestety nie jest miejscem ekskluzywnej turystyki. Stał się miejscem taniej, weekendowej libacji, na którą przyjeżdżają najczęściej mieszkańcy Wysp Brytyjskich – urządzają sobie za parę groszy wieczory kawalerskie, czasem spacerują w półnegliżu po Rynku.
Ale rząd zrobił z regulacji najmu kikut. „Egzekwowanie prawa" bez poważnej zmiany niewiele da.
Wyobrażam sobie to tak: jeżeli kupuję mieszkanie w nowym budynku, chciałbym wiedzieć, kto będzie moim sąsiadem – czy za ścianą zamieszka sąsiad na lata, czy może być tam Airbnb. To jest uczciwe postawienie sprawy. Być może jednym z rozwiązań jest wyznaczenie stref, w których można lokalizować najem krótkoterminowy, i takich, w których nie można. Być może oddać to spółdzielniom. Wiem, że bez ustawy tego nie zrobimy. Rozumiem, że trzeba szanować własność – to elementarna zasada. Ale jeżeli moja własność jest naruszana przez cudzą własność, to też jest naruszanie własności.
Czytaj więcej
To niemal przesądzone, że dojdzie do próby organizacji referendum, którego celem będzie odwołanie prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego. Otwar...
Strefa czystego transportu i cały kompleks spraw komunikacyjnych – jaka by była Pana pierwsza decyzja w tej sferze?
Strefy nie da się na ten moment zlikwidować, bo już jest wprowadzona. Trzeba ją radykalnie ograniczyć – na przykład do ulicy Stolarskiej, gdzie są same ambasady i nikt nie wjeżdża, do Parku Jordana albo do płyty Rynku Głównego, z zastrzeżeniami, żeby dostawcy mogli swobodnie wjeżdżać. To był kompletnie niepotrzebny zapis, który rozsierdził krakowian – fala niezadowolenia wylała się od przedmieść do centrum. I chciałbym zakończyć wojnę komunikacyjną. Od lat panuje w Krakowie przeświadczenie, że kierowców trzeba zwalczać, robić im utrudnienia, żeby przesiedli się do tramwajów i autobusów. Nie – to nie jest właściwa metoda. Zwężanie ulic nie powoduje, że korki są mniejsze. Ścieżka rowerowa na jednym z pasów na Dietla to totalne nieporozumienie – tam jest piękny pas zieleni przez środek, gdzie jako rowerzysta wolałbym jeździć niż po niebezpiecznej ulicy. Koniec napędzania na siebie uczestników ruchu. Miasto zamiast zmuszać do komunikacji zbiorowej powinno zachęcać i sprawić, żeby ona się opłacała. Tak jak nikt nas nie zmuszał, żeby przesiąść się z telefonu stacjonarnego na komórkowy.
Był pan szefem sztabu Sławomira Mentzena w 2025 r., jest pan jednym z jego najbliższych współpracowników. Zgadza się pan z tezą, że nowy rząd będzie zależał od Konfederacji?
Tak, po to jesteśmy w polityce, żeby mieć sprawczość. Po to poszliśmy, żeby coś zmienić, żeby mieć wpływ na rządzenie. Oczywiście, że tak – nowy rząd będzie zależał od Konfederacji, czy się to komuś podoba, czy nie. Jeżeli jakiś czarny łabędź nie pojawi się na horyzoncie, tak będzie. Mamy taki plan. Chcielibyśmy, żeby ktoś w końcu się z nami liczył, żeby rządzący usłyszeli głos prawdziwej prawicy.
Wyobraża pan sobie rząd z Koalicją Obywatelską?
Kiedyś bym powiedział, że sobie nie wyobrażam. Natomiast parę lat w polityce nauczyło mnie, że trzeba sobie wyobrażać każdy scenariusz.
Mówi pan „czarny łabędź" – a czy Konfederacja wyciągnęła wnioski z kampanii 2023 r.? Wtedy też wydawało się, że wywróci stolik, miała wysokie sondaże i tak się nie stało.
To bardzo trudne i będziemy się starać wystrzegać błędów, które popełniono w 2023 r. Jednym z nich – zacytuję, bo to nie jest moja opinia – były „pokemony na listach”. Nie chciałbym, żeby w Konfederacji znów pojawił się ktoś, kto zacznie opowiadać, że „kobieta jest elementem wyposażenia”. Postaramy się przypilnować, żeby to wyglądało lepiej. Natomiast nie gwarantuję niczego, bo polityka jest nieprzewidywalna.
A gwarantuje pan, że Konfederacja dotrwa do wyborów w obecnym układzie sił – z częścią narodową i wolnościową? Wysokie sondaże to też efekt tego, że napięcia wewnętrzne nie rozlewają się na przestrzeń publiczną, tak jak w PiS-ie.
Ten układ sił będzie kontynuowany do wyborów. Wystartujemy z Ruchem Narodowym jako wspólna lista Konfederacji. Jestem o tym święcie przekonany.
Jeśli wybory w Krakowie będą w styczniu 2027 r., będą prekursorem kampanii do Sejmu.
Prawdopodobnie tak to będzie odczytywane. Dlatego wolałbym, żeby te wybory były niezależne od polityki centralnej, od polityki warszawskiej.